Przemyśl to

Czy można uwielbiać Boga zamiataniem podłogi czy pieczeniem sernika? Jasne! Zapraszamy do benedyktynek.

Most nad Sanem. Ten sam, po którym Irena szła przed laty. Odwracała się, spoglądając na rozpędzone miasto. Targały nią wątpliwości. Do czasu, gdy przestąpiła próg klasztoru i poczuła: wreszcie trafiłam do domu.

Jan Paweł II nazwał kamedułów piorunochronem Krakowa. To samo można powiedzieć o przemyskich benedyktynkach. Klasztor wyrósł w XVII wieku poza miastem, po drugiej stronie rzeki. Dziś jest w sercu Przemyśla. Czy rozpędzony tłum zdaje sobie sprawę, jak wiele zawdzięcza mniszkom w czarnych habitach? Od 382 lat, dzień po dniu, w klasztorze nad Sanem nieustannie szturmują niebo. Ściągają błogosławieństwo. Od pobudki o 5.25 aż po kompletę. Wokół klasztoru Świętej Trójcy tłum narzeka na podwyżki cen, szuka promocji, kupuje w „meblexach”, „szmatexach” i innych sklepach z nieodłącznym „x” na końcu, zaciąga kredyty i bierze chwilówki. W tym samym czasie zamknięte za solidnymi murami siostry św. Benedykta nucą: „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie”. Śpiewają delikatnie, nieśpiesznie, jakby w zwolnionym tempie. W pełnym oddechu rytmie niezrozumiałym dla świata za oknem.

Szczęście? To produkt uboczny

Brama Bieszczadów tonie we mgłach. Za oknami leniwie snuje się San, na szczęście już uregulowany. A jeszcze przed 100 laty w czasie powodzi mniszki brodziły po kostki w wodzie. Benedyktynki obowiązuje stałość miejsca. Nie przenoszą się z klasztoru do klasztoru. – Już Benedykt pisał, że nie jest dobrze, by mnich się włóczył, bo to nie służy jego życiu duchowemu – uśmiechają się siostry.

– Bóg spełnił nie tylko moje najgłębsze marzenia, ale dał mi 100-krotnie więcej. Tyle że wśród utrapień – wybucha śmiechem siostra Irena. – Z obietnicy Jezusa zapamiętujemy tylko pierwszą część, o stokrotnej nagrodzie, a On przecież wyraźnie uprzedzał:

„Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie (…) żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród… prześladowań”. Zranienia przychodzą każdego dnia – dopowiada mniszka. – Nie wystarczy jednak przebaczyć. Ksiądz Marian Rajchel, egzorcysta z Jarosławia, uczył nas, by na jednym oddechu wyszeptać: Przebaczam i błogosławię.

– Czym jest szczęście? To produkt uboczny służby – opowiadają benedyktynki. Definicja zaskoczy z pewnością gimnazjalistów spacerujących nad rzeką czy Ukraińców gnających terenowymi samochodami w stronę oddalonej o 14 kilometrów granicy.

Zupa, czyli uwielbienie

Jedna z sióstr wnosi gorącą zupę. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, jest nieprawdopodobna gościnność. „Aby we wszystkim Bóg był uwielbiony” – przypominał Benedykt. W modlitwie, piciu herbaty, murowaniu, uprawianiu w klasztornym ogródku zielonej cebulki. We wszystkim. Rozgraniczamy mocno te sfery. Modlitwa modlitwą, a zupa – zupą. Tymczasem za murami klasztoru parzenie herbaty, mycie garów jest tak samo ważne jak adoracja! – W życiu monastycznym chodzi o uważność – wyjaśnia trapista o. Michał Zioło. – Bóg przychodzi, kiedy chce. Często robi takie właśnie psikusy, że przychodzi, gdy kompletnie nie jesteśmy do tego przygotowani. Nie jesteśmy ani umyci, ani dobrze ubrani, jesteśmy w trakcie przebierania się na modlitwę, i wtedy jest dotknięcie.

Zapytałem kiedyś benedyktynów tynieckich, który człon hasła „Ora et labora” jest ważniejszy. Modlitwa? Praca? Najważniejsze jest „et” – roześmiali się benedyktyni, stawiając kropkę nad „i”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Eterno Vagabundo
    01.12.2011 11:02

    " Ora et labora ".
    Hasło w mniszym rycie.
    Czas, by laikatu
    Przesiąkło nim życie.

    Boć " Módl się i pracuj ",
    To jedyna droga,
    Gdzie, wśród zwykłych zajęć,
    Można spotkać Boga.

  • Moria
    13.01.2012 10:18
    "Pewnego dnia św. Antoniego, w czasie pobytu w pustelni, opanował smutek i cały gąszcz przykrych myśli. Zwrócił się wtedy do Boga: "O, Panie! Chcę wyrwać się z tego nastroju, ale myśli mi na to nie pozwalają. Cóż mam począć w moim udręczeniu?" Nagle, przechyliwszy się nieco na bok, zobaczył kogoś, kto podobnie jak on siedział i pracował, zaraz jednak przerwał pracę, wstał i pomodlił się, potem znów wstał i zabrał się do splatania sznurka, a potem znów wstał i modlił się. Był to anioł przysłany przez Boga, aby pouczyć św. Antoniego i dodać mu otuchy. Usłyszał bowiem Antoni słowa anioła: "Rób to samo co ja i uwolnisz się". Na te słowa doznał wielkiej radości i nabrał odwagi; zrobił to samo i uwolnił się od smutku."

    znaleziono w:
    Andrzej Tomkiel OFMCap. "Ojcowie Kościoła uczą nas modlitwy" Wyd. Sióstr Loretanek, Warszawa 1995
  • Alek
    13.01.2012 18:49
    Zdarzało mi się, kiedy byłem w woju w Przemyślu ,że tam znajdowałem ciszę i spokój,ciepłe słowa otuchy i każde spotkanie z Siostrami przynosiło radość i pokój, póki jakiś szpicel ,których Przemyśl miał wtedy sporo nie doniósł ,że wojsko do Benedyktynek na Zasanie chodzi. Zabrano przepustkę i skończyło się . Taka to była PRL-owska "wolność religijna" . Ordo et PAX :) !
  • gość
    27.01.2012 18:02
    Cóż,tylko łzy tęsknoty i wielkie Panie Boże zapłać ukochanym Siostrom za nas wszystkich Tak bardzo chciałabym do zobaczenia.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie