Za chorych, smutnych, niekochanych

W niedzielny wieczór kościół św. Józefa Oblubieńca w Ursusie wypełnia się po brzegi: setkami ludzi, trudnych spraw, intencji… Jakby na przekór wietrznej i mokrej pogodzie – ludzie przychodzą z nadzieją.

Rodzice z maleńkimi dziećmi, młoda kobieta na wózku inwalidzkim, młodzieniec o kulach, matka podtrzymująca chorego nastolatka, wspierające się dwie starsze panie… Msza św. z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie, którą odprawia o. Józef Witko OFM, kończy trzydniowe parafialne rekolekcje prowadzone przez niego pod hasłem „Uzdrowienie wewnętrzne przez doświadczenie miłości Boga”. – Katolicy przyzwyczaili się do takiego pojęcia Jezusa, od którego niewiele albo zgoła nic nie mogą oczekiwać. Bo choć regularnie odmawiają pacierz, chodzą na niedzielne Msze św., spowiadają się i przystępują do Komunii św., czy naprawdę doświadczają Bożej miłości, czy czują, że Wszechmocny działa w ich życiu? Wielu dopiero na Mszach św. o uzdrowienie doświadcza Boga, który żyje tu i teraz – mówi o. Witko.

Duch tchnie także dzisiaj

Franciszkanin jest znanym charyzmatycznym rekolekcjonistą. Od kilkunastu lat prowadzi w całej Polsce Msze św. z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie. Jest autorem wielu książek, w których na podstawie Biblii pokazuje, jak na przestrzeni dziejów Bóg wysłuchiwał próśb chorych, samotnych, zniewolonych, zmęczonych życiem. I jak przed dwoma tysiącami lat Jezus uzdrawiał, tak robi to teraz. Dlatego w książkach o. Witki wiele jest świadectw uzdrowień i uwolnień z chorób i zniewoleń, zdawałoby się bez szans na szczęśliwe zakończenie.

Bóg dotyka wołających i proszących. W centrum Warszawy w listopadowy wieczór w kościele pełnym ludzi adorujących Go w Najświętszym Sakramencie. Po adoracji, uwielbieniu, wyznaniu próśb o. Witko odmawia modlitwę o uzdrowienie. Wylicza choroby, stany zniewolenia, ciążącą przeszłość, winy przodków. W imię Jezusa nakazuje ich koniec. Młoda dziewczyna przyciska ręce do piersi, jakby czuła spływający na nią pokój. Obok ktoś zaczyna cicho płakać. Kiedy o. Witko przekazuje zebranym tchnienie Ducha Świętego, kilka osób osuwa się na podłogę. Ale inni przyjmują to ze spokojem  – to Duch Święty udziela odpoczynku. Jeszcze więcej osób doświadczatego stanu, kiedy o. Witko każdemu z osobna nakłada ręce na głowę i nad nim się modli.

Koszyk pełen intencji

Pani Maria na małej karteczce, którą rozdaje siostra zakonna przed Mszą św., napisała swoje troski: o córkę, która wyjechała za granicą i żyje bez ślubu, o drugą córkę, która od 5 lat nie może zajść w ciążę i o matkę, u której zdiagnozowano początki Alzhaimera. Ustawiony na schodach prezbiterium wiklinowy koszyk szybko zapełnia się karteczkami. Po Mszy św. franciszkanin modli się, żeby cierpienie, zło, choroby i troski, zapisane drobnym maczkiem na setkach kartek, odeszły. Żeby Bóg uwolnił, co spętane i uzdrowił to, co chore. Razem z nim gorąco modli się pani Maria i setki innych ludzi, którzy przyszli z nadzieją. Matka, modląca się za syna narkomana, osoba z myślami samobójczymi, chory na raka, osoby mające kłopoty z kręgosłupem lędźwiowym… Ich w czasie modlitwy dotknął Jezus i, jak mówi o. Witko, mogą dziękować Bogu za uzdrowienie. Innych również, bo uzdrowienie nie zawsze dzieje się od razu. Niekiedy potrzeba dni, tygodni... i nieustannie mocnej wiary. – Mam teraz w sobie taki spokój, że wszystko będzie dobrze, żebym się nie martwiła – mówi pani Maria, wychodząc z kościoła.

Czy to działa?

– Zdaję sobie sprawę, że wielu, szczególnie tych, którzy przychodzą pierwszy raz, traktuje Msze św. z modlitwą wstawienniczą jak spotkanie z uzdrowicielem – mówi o. Witko. – Przychodzą załatwić konkretną sprawę: usunąć ból nogi, kamienie w woreczku żółciowym, nawrócić na trzeźwość męża alkoholika. Pytają mnie wprost: kiedy będzie seans? Są rozczarowani, kiedy „to nie działa”. Potem wracają i powoli na tych Mszach św. odkrywają działanie Boga. Przekonują się, że to nie człowiek uzdrawia. Wtedy kamienie żółciowe nie są już najważniejsze. Ważne  jest uzdrowienie serca – dodaje. Jak podkreśla o. Witko, Bógmoże nas dotknąć, uleczyć podczas każdej Mszy św., jeśli Go o to z wiarą poprosimy. Dlatego warto prosić, kiedy czujemy, że problemy nas przerastają, bo kiedy my będziemy je „omawiali i omadlali” przed Bogiem, On już będzie działał. Ale kiedy będziemy starali się rozwiązywać je sami, nie zostawiamy Bogu nic do roboty. Nie musimy czekać, aż dobrniemy do muru: sytuacji w naszym pojęciu nie do rozwiązania, do nieuleczalnej choroby, totalnego zmęczenia problemami.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie