Na czerwonej ziemi

O niewyobrażalnych przestrzeniach, dumnych Aborygenach i przyjaciołach nasączonych benzyną z Markiem Tomalikiem rozmawia Szymon Babuchowski.

Szymon Babuchowski: Czy są miejsca w Australii, w które wraca Pan najchętniej?

Marek Tomalik: – Od dziesięciu lat skupiam się na outbacku, czyli miejscach odizolowanych od cywilizacyjnego zgiełku. Z moim przyjacielem Adamem, pochodzącym z Siemianowic Śl., a mieszkającym w Perth, raz w roku bierzemy samochód i wyruszamy w teren. Po części w miejsca odkryte wcześniej i przez nas bardzo lubiane. A po części – w zupełnie nieznane. Jest u nas organiczna wręcz chęć poznawania takich miejsc.

Jakimi cechami musi odznaczać się Pana towarzysz podróży?

– Musi być z tej samej bajki, jak gąbka nasączony benzyną. Nie cierpię ludzi, których trzeba namawiać, którym trzeba wszystko tłumaczyć. Prawdziwy podróżnik nie pyta, czy tam są węże, pająki, co będziemy jeść, czy słońce nas nie zabije. On tylko zapyta: ile to kosztuje, ile trwa. Takich najbardziej lubię.

Na czym polega inność Australii?

– To zupełnie osobny świat roślin i zwierząt, złożony z ok. 80 proc. endemitów, czyli organizmów, które nie występują nigdzie indziej na świecie. Te wszystkie kangury, misie koala, torbacze, różne dziobaki-dziwolągi, odmiany eukaliptusa i fantastyczne kwiaty – można znaleźć tylko tam. Wynika to stąd, że Australia stosunkowo późno, 60 mln lat temu, oddzieliła się od Antarktydy. To był ostatni etap rozpadu wielkiego kontynentu Gondwany. Ewolucja poszła tam sobie własnym torem.

A skąd się wzięło odmienne ukształtowanie terenu?

– Zjawiska geologiczne przebiegały w Australii inaczej niż w Europie czy obu Amerykach, gdzie ciągle coś się kotłowało. Tam właściwie od kilkudziesięciu milionów lat jest spokój. Dlatego jest to największy obszar na świecie z tak mocno wyrównanym terenem. I jeszcze jeden ważny element krajobrazu: czerwona ziemia. Nigdzie na świecie nie ma tak wielkich przestrzeni przesyconych tym ciepłym, ceglastym, pomarańczowoczerwonym kolorem. To żelazo, które było w skałach, zostało w momencie wietrzenia uwolnione w postaci tlenku.

Oglądając zdjęcia, myślałem, że to Photoshop…

– Nie, nie, nie! (śmiech). Bardzo o to dbam, żeby w moich książkach były naturalne barwy.

Jak się żyje ludziom w tym krajobrazie?

– Warunki atmosferyczne nie ułatwiają życia. Powódź goni pożar. Australia to kraj nieprawdopodobnych kontrastów. Miasta są podobne do naszych, ale mieszkańcy prowincji żyją zupełnie inaczej. To są hardzi ludzie, nastawieni na ostrą walkę.

Dużo jest takich samotników mieszkających na odludziach?

– Nie. Australijskie pustki są dla nas niewyobrażalne. Canning Stock Route, najdłuższy szlak pustynny, ma 2,5 tys. km. Po drodze nie ma nic. Oczywiście w potocznym rozumieniu, bo dla mnie tam jest wszystko. Ale nie ma stacji benzynowej, sklepu, osiedli, osad, miast. Na krótszych szlakach, liczących, powiedzmy, 1000 km, czasem trafi się jakaś farma, zazwyczaj nieco odsunięta od drogi. Niewielu wybiera takie życie. O ile w zimie na pustyni można wytrzymać, to latem temperatura po prostu zabija. Sięga wówczas 50 st. w cieniu.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie