Mała przyjaciółka

Tyle barw, tyle imion ma…. Drugim głosem o radości.

Łatwo powiedzieć: owocem Ducha Świętego jest radość. Tylko jak o niej napisać? O tej, która bierze się z oglądania komedii – łatwo. Ta, którą dają jakieś dobre wieści – jak urodzenie się zdrowego dziecka czy wygrana w lotku – też. Ale jak pisać o radości, której źródłem nie jest żadna konkretna sprawa, żadne wydarzenie, ale działający w sercu uczciwego chrześcijanina Duch?

Ta radość jest po ludzku niewytłumaczalna. Jak śmiech i taniec Greka Zorby na ruinie życiowego dorobku. Trwa niezmienna, niezależna od  humoru, czasem ciut przygaszona, ale ciągle na nowo gotowa rzucić pogodną uwagę, uśmiechnąć się albo nawet wybuchnąć perlistym śmiechem . Jak to kiedyś ktoś napisał o niej w piosence:

W szare dni śpiewa mi roześmiana,
W wielkie dni cichnie znów zadumana
W trudne dni nie rozumiem jej sama,
Lecz cieszę się że jest.
Czasem jak woda rwąca szeroka,
Czasem jak cisza jezior głęboka
Tyle barw, tyle imion ma…

Radość, moja mała przyjaciółka…

Tyle barw, tyle imion ma…. A tamtego odległego dnia miała zapach słońca i skały. Po porannej Mszy odprawionej przez naszych księży w GOPR-ówce w Murowańcu poszliśmy całą grupą na Zawrat. Cel jak na mnie ambitny – Zawratowa Turnia drogą „Przez Matkę Boską”. Opis brzmiał groźnie i nie bardzo uśmiechało mi się łazić po pionowej skale, żeby wdrapać się ostatecznie tam, gdzie można było wejść nie wyjmując rąk z kieszeni. Dlatego gdy na Zawracie okazało się, że droga jest zajęta, bez żalu zgodziłem się na cel zapasowy. Niebieska Turnię.

Czekając na resztę grupy siedliśmy naszym trójkowym zespołem na małej płasience pozwalając nogom zwisnąć nad z leksza przepaścistym stokiem. I żartowaliśmy. A kiedy któryś z nas wspomniał jak goprowcy, zawstydzeni obecnością księży, roznegliżowanym panienkom na obrazkach porozwieszanych na ścianach pozakładali sukienki z bibuły, wybuchnęliśmy gromkim śmiechem. Aż idący na Świnicę turyści zdezorientowani zaczęli się rozglądać skąd ten śmiech. Wszystko nas cieszyło. Ta płasienka, jak orle gniazdo zawieszona nad spasztami, błękitne niebo, słońce, wiatr i zapach skały. Mieliśmy czyste serca i dlatego żaden brud nie był w stanie stłumić nasze radości.

I tak było przez cały dzień. Wtedy, gdy Jarek pomylił drogę (był za dobry i dla niego wszędzie było łatwo) i wtedy, gdy po przejściu pionowego uskoku stanęliśmy na wygodnej półce tuż pod wierzchołkiem Niebieskiej Turni uwieczniając na kliszach „widmo Brockenu” i wtedy, gdy  w napowietrznym tańcu raźnie przesuwaliśmy się w kierunku Świnicy. W międzyczasie reszta grupy z powodu późnej pory zrezygnowała z dalszej wspinaczki. A my, w blasku wczesnego wieczoru stanęliśmy na pustym wierzchołku. Niesamowite.

Już po zejściu z Przełęczy Świnickiej wpadliśmy na jeszcze jeden pomysł: kąpiel w stawie. Był wieczór, wokół co najwyżej świstaki. Choć wytrwać w wodzie dłużej niż minutę nie było można, wyszliśmy z wody jak nowonarodzeni. Tego dnia cieszyło nas wszystko. Tym bardziej to, że zamiast mało eleganckiej łazienki wybraliśmy lodowaty staw….

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie