Recenzja z życia

Książka raz jest brutalna, na innej stronie – śmiech po pachy. Jest gruba, a czyta się ją jednym tchem. To tak jak z życiem: długie, a szybko się kończy, trudne, a momentami śmieszne. I pełne nadziei, bo „Marzenia i tajemnice” mamy przecież wszyscy.

Mowa o jedynej książce Danuty Wałęsy, która ukazała się kilka miesięcy temu. I do tej pory o niej głośno. Więcej nawet: o książce dyskutuje się coraz więcej, a publikacja (już kolejne dodruki) wciąż sprzedaje się jak świeże bułeczki. Co ciekawe, motorem napędzającym sprzedaż nie jest wyrafinowana reklama czy doskonały marketing. Ot, jedna pani, drugiej pani: że zupełnie wyjątkowa publikacja, że trzeba przeczytać. I że takiej Wałęsowej nikt się nie spodziewał. Książka „Marzenia i tajemnice” nie jest tanią sensacją ani tym bardziej sprzedawaniem intymnych szczegółów z życia prezydenckiej pary. Jest wzruszającą, czasem bardzo zwyczajną, a innym razem brutalną opowieścią o życiu kobiety, matki, żony. I dopiero na końcu historią życia prezydentowej.

Burza feministyczna

Po publikacji książki po panią Danutę upomniały się feministki. Próbowały wziąć ją na sztandary jako tę, która ciemiężona przez system patriarchalny, zawsze w cieniu, nareszcie przemówiła. I to dość mocnym głosem. Tyle że, delikatnie mówiąc, mocno się przeliczyły. W połowie marca pani Danuta otrzymała Nagrodę Radia TOK FM (rozgłośnia mocno liberalna i słynąca z profeministycznego przesłania) za rok 2011. Otrzymała ją za „odważne, niekonwencjonalne, niezwykłe działania, dzieła lub wypowiedzi, które w ciągu minionego roku miały istotny wpływ na świadomość społeczną lub zmieniły polską rzeczywistość”. Pani Danuta nagrodę odebrała. Jednak szybko się okazało, że próba zawłaszczenia ponadczasowych prawd o większości kobiet przez „wyzwolone” środowisko nie powiodła się. A feministki jej książki do końca najwyraźniej nie przeczytały. Bądź przeczytały bez zrozumienia. Bo z każdej niemal kartki „Marzeń i tajemnic” wynika, że Danuta Wałęsa to kobieta bezkompromisowa, szczera i z całą pewnością nie dająca się zagarnąć nikomu. I jeśli pisze sama o sobie, że jest wierząca i konserwatywna, to doskonale zna znaczenie tych wyrażeń. Ze wszystkimi konsekwencjami. Zapytana krótko po odebraniu nagrody, na antenie właśnie TOK FM, o swój stosunek do aborcji, wypaliła w charakterystyczny dla siebie, szczery i prosty sposób, co następuje: „to morderstwo”! I wszystko w temacie.

Świat według Danuty

„Marzenia i tajemnice” powstawały dwa lata. Danuta Wałęsa opowiadała, komentowała, rozmyślała na głos, a jej wspomnienia opracowywał dziennikarz Piotr Adamowicz. Spotykali się zazwyczaj rano i pracowali nad publikacją. Około południa pani Danuta wracała do obowiązków babci, matki, żony. Autobiografia Danuty Wałęsy ma chronologiczny początek i koniec: rozpoczyna się opowieścią o dzieciństwie i młodości na małej wsi pod Węgrowem, a kończy życiem współczesnym, rokiem 2011.

Jednak gdy czyta się wspomnienia pani Danuty, w pamięć nie zapada historia, a pewne hasła. Jak życiowe drogowskazy. Rodzina, mąż (w tym blaski i cienie życia u boku trudnego człowieka), życiowe wybory i postawy, religia i wiara, Polska i Polacy. A te wartości w jakiś przedziwny, choć prosty sposób, mimo trudów dnia codziennego, szaleństwa historii, w której przyszło żyć, współistnieją w symbiozie. Mimo, a może właśnie dlatego, że od czasu do czasu następują życiowe burze z piorunami. A świat według Danuty jest prosty. W skrócie brzmi chyba tak: robić swoje, trwać, działać na tyle, na ile można i trzeba. Być blisko Boga. Danuta – matka. Mówi o swoim macierzyństwie tak zwyczajnie i wzruszająco jednocześnie. Jej macierzyństwo to naturalne spełnienie czy dopełnienie kobiecości. Danuta – matka, która raczej nie czytywała poradników o wychowywaniu dzieci, sama pisze o rodzicielstwie tak, że można by jej słowa potraktować jak swoiste wademekum: „Podczas kolejnych ciąż nigdy nie przyszło mi przez myśl, że dziecko może urodzić się chore, może być coś nie tak z ciążą, będzie problem z porodem. (...) Urodziłam ośmioro dzieci i nigdy tak nie myślałam. Myślałam pozytywnie i zawsze wszystko przebiegało pomyślnie”. Wychowuje swoją gromadkę w czasach trudnych, w warunkach ekstremalnych: gdy esbecja zagląda w każdy kąt, gdy w domu są podsłuchy, a między dziecięcymi zabawkami, butelkami, lekcjami szwendają się codziennie dziesiątki gości – opozycjonistów. Bo dom Wałęsów był domem otwartym. „Dzieci biegały jeszcze w piżamach, a już do mieszkania waliły tłumy. Od bladego świtu do późnego wieczora w naszym mieszkaniu kłębiły się tłumy związkowców, doradców, polityków, dziennikarzy i ludzi nawiedzonych. (...) Ludzie siadali do stołów i musiałam ich obsługiwać. Totalny magiel zamiast normalnego domu”. Do czasu. Spokojna Danuta, gdy w grę wchodziło bezpieczeństwo dzieci i spokój rodziny, pokazywała pazurki: „Któregoś »pięknego« ranka nie wytrzymałam i przy wszystkich ludziach zaczęłam krzyczeć, a nawet wrzeszczeć. Zrobiłam mężowi wielką awanturę. I dobrze. Mąż wstał i bez słowa wyszedł. (...) Po miesiącu życia w takim kołchozie nastał spokój...”. Pani Danuta jest i dla siebie wyjątkowo surowa: miejscami ze skruchą wyznaje, że ze względu na obowiązki żony związkowca, szefa „Solidarności”, nie była matką idealną. A o nieudanych małżeństwach dorosłych już dzieci pisze z bólem i poczuciem winy. Jednocześnie szczególnie młodym lub niedoświadczonym rodzicom pozostawia przesłanie: dzieci żyją własnym życiem. I z ich wyborami można (trzeba) się pogodzić.

Danuta i Jan Paweł II

Jan Paweł II spotykał się z rodziną Wałęsów regularnie. Najpierw za PRL-u pod czujnym okiem służb, niejednokrotnie w atmosferze przygnębienia: „Czułam żal i smutek, że naszemu spotkaniu nie towarzyszyły radość, spontaniczność, wolność. (...) Utkwił mi w pamięci taki obraz: stojąca wraz z nami w holu postać, która jakby próbowała ogarnąć peleryną papieską mnie, męża i synów”. W następnych latach, już jako rodzinę Prezydenta RP, Jan Paweł II gościł Wałęsów na Watykanie: „Zwracał się do mnie »Pani Danuto«, »Pani Danusiu«. (...) Kiedy Ojciec Święty tak mnie prowadził, rozmawialiśmy o osobistych sprawach, pytał o rodzinę, sam się zwierzał. Mówił na przykład, że jest zmęczony”. Od papieża Danuta Wałęsa wracała zawsze wzmocniona i doceniona. Kiedyś „Ojciec Święty zwrócił się do mnie: »Jak wspaniale pani wygląda. Żona Lecha Wałęsy, matka tylu dzieci«, mąż niespodziewanie wtrącił: »To nie mam jej wymieniać!?«. Papież odwrócił się do niego, pogroził mu palcem i rzekł: »Oj, synu, synu! żeby to ona ciebie nie wymieniła«”.

Wielki nieobecny

Danuta – żona. Najpierw żona Lecha – prostego chłopaka, o sześć lat starszego, który, jak sama pisze, zaradny był, pracowity, nie dał rodzinie marnie zginąć. A choć żyło się skromnie, to biedy i głodu nigdy nie zaznali. Role w rodzinie były proste, jasno podzielone: on pracuje zawodowo, ona pracuje w domu. A opisywane rodzinne sytuacje – szczególnie z udziałem przyszłego prezydenta – niejednokrotnie przypominają te z wielu domów nad Wisłą: „Rzecz ciekawa, on nigdy nie pamiętał, które dzie-cko w którym roku się urodziło. (...) Większość mężczyzn nie pamięta dat urodzin swoich dzieci”. W podobnym, choć nieco bardziej fizjologicznym tonie, utrzymany jest krótki wątek przewijania dziecka mężowskimi rękami. I w końcu Danuta – żona prezydenta. Jak wspomina – o kandydowaniu mąż jej nie poinformował. Jak nie informował o większości swoich decyzji dotyczących życia publicznego. Pani Danuta podeszła do pomysłu z rezerwą: „Wygrasz, to będziesz prezydentem, nie wygrasz, to nie będziesz. (...) Po co analizować, zastanawiać się czy się zamartwiać? Co Pan Bóg da, to będzie”. W zwycięstwo męża uwierzyła dopiero, gdy otrzymała ochronę BOR-u (potem zdarzało jej się uciec ochroniarzom: bo jak przy obcych mężczyznach kupować bieliznę). Czas prezydentury to czas wielkich zmian, nowych obowiązków – wyjazdy służbowe, spotkania itd.: „Szybko jednak przestałam rozczulać się nad sobą; każdy dzień przynosił nowe zadania i wyzwania, które przyjmowałam do wykonania tak jak wcześniej”. Jednak i w tym czasie pozostała przede wszystkim matką: ze względu na dzieci – ich szkołę i wychowanie – pozostała z nimi w Gdańsku. Mąż telefonował kilka razy dziennie, regularnie odwiedzał też rodzinę w weekendy. „Dzieci dorastały, a ja usiłowałam chronić rodzinę, na tyle, na ile było to możliwe. (...) Sądziłam wówczas i dziś tak sądzę, że gdybyśmy się wszyscy przenieśli do Warszawy, konsekwencje, jakie poniosła rodzina z powodu prezydentury męża, byłyby jeszcze większe”.

Bohaterka wszystkich Danuś

Po publikacji książki pojawiły się komentarze: „to próba zwrócenia na siebie uwagi zaniedbanej przez (nieokrzesanego) męża, samotnej kobiety, żony. To jakaś forma psychoterapii”. Być może jest w tym krztyna prawdy. Bo nietrudno odnieść wrażenie, że wiele słów – wniosków, refleksji – Danuta Wałęsa kieruje, przez strony książki, nie tylko do czytelników, ale właśnie do wielkiego nieobecnego. Do męża, którego kochała (i kocha!), a który – jak sama pisze – po latach wspólnego życia wymienił ją na komputer. I właśnie dlatego na spotkania z Danutą Wałęsą, niegdyś stojącą krok za mężem, niegdyś traktowaną protekcjonalnie przez wielki świat, krytykowaną za brak gustu w wyborze strojów, a nawet brak obycia – obecnie przychodzą tłumy. W ogromnej większości kobiety. Wykształcone, bez wykształcenia, starsze, młode. Łączy je jedno: utożsamiają się z jej postawą, wyborami. Dzielą uczucia, którymi się podzieliła. Czerpią życiową odwagę. Historia Danuty Wałęsy, zwykłej dziewczyny z ludu, która została „królewną” mniej je ujęła niż historia Danuty, która tak jak one musiała zmagać się ze zwykłym życiem. Z rodzeniem dzieci, ogarnianiem domu, zadaniami dnia codziennego. „Nadal mam w sercu wiele marzeń. Tym jednym, że mąż i ojciec do nas powróci, chciałam się ze wszystkimi podzielić”... Wiele czytelniczek pani Danuty w tym momencie ma łzy zrozumienia w oczach.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie