(Nie)spokojne serca

Nie sposób rozmawiać o powołaniu kapłańskim, by nie odwiedzić w diecezji miejsca, w którym może ono rozwijać się i dojrzewać – Wyższego Seminarium Duchownego w Radomiu.

Lepiej spróbować

Tych, którzy zdecydowali się na ten odważny krok, aby tu przyjść, prowadziło niespokojne serce, bo raz rozpalona myśl o kapłaństwie, jeśli jest głosem Boga, nie pozwoli o sobie zapomnieć. – Chciałem kiedyś realizować się jako katecheta, ale gdzieś cały czas w sercu pojawiała się myśl o kapłaństwie. Przypomniałem sobie, co powiedziała  moja wychowawczyni, gdy rozdawała świadectwa maturalne: „Lepiej spróbować i żałować, że nie wyszło, niż żałować, że całe życie nie spróbowałem”. I tak odczytałem swoje powołanie – mówi dk. Łukasz Pyszczek. Z kolei dk. Damian Czubak wspomina, że jego droga do powołania była klarowna i jasna. Był ministrantem, jego życie było skupione wokół kościoła i czuł, że tam jest jego miejsce. – Bardzo bliskie są mi słowa św. Augustyna, że niespokojne jest serce człowieka, dopóki nie spocznie w Bogu. Ale chyba w przypadku mojego powołania niespokojne byłoby moje serce, gdybym tu nie przyszedł, i czuję, że jestem na właściwym miejscu i że jest to moja droga – mówi.

Zwykle potencjalni kandydaci do kapłaństwa, wstępując do seminarium, widzą już siebie jako konkretnego księdza, takiego, którego znają i obserwują. Chcieliby pracować tak jak on. Jeżeli nie będą mieli takiego wzorca w parafii, powołanie, które w nich jest, będzie miało trudniejszą drogę, żeby się ujawnić.- Największy wpływ na moje przyjście do seminarium miał katecheta ks. Edward Skorupa, proboszcz parafii Koszary. Przychodziliśmy do niego. Podobała nam się jego otwartość i zaangażowanie w duszpasterstwo. Ma w sobie coś charyzmatycznego, co przyciąga młodych ludzi. Organizował nam wycieczki rowerowe, zawody w piłkę nożną – opowiada dk. Damian.

Nie uciekniesz

Trudno jednoznacznie powiedzieć, czym jest powołanie. – W książce „Dar i tajemnica” Jan Paweł II nazwał powołanie do kapłaństwa z jednej strony darem, bo jest to dar Boga dla Kościoła, z drugiej tajemnicą niewymownego dialogu, jaki dokonuje się między Bogiem, który wzywa, i wolnością człowieka, który odpowiada. Bóg potrzebuje człowieka dla zrealizowania swoich planów – wyjaśnia ks. Jarosław Wojtkun, rektor seminarium.

Nie wszyscy młodzi ludzie zgłaszający się do seminarium robią to z chwilą otrzymania świadectwa dojrzałości. Wielu próbuje innych dróg, ale powołanie w końcu i tak ich tu przyprowadzi. Tak było np. z alumnem V roku Wojciechem Prawdą oraz klerykami z I roku Krzysztofem Kołtunowiczem i Szczepanem Kowalikiem. Jak mówi pierwszy z nich, miał kiedyś przebłyski, żeby być kapłanem, ale dał sobie z tą myślą spokój. Nawet Bogu powiedział, że dziękuje za tę propozycję. I przyszedł taki dzień. Studiował wtedy w Berlinie. – Przejeżdżałem przez jedną ze stacji metra, gdy ten moment nastąpił. Przyszła mi do głowy ta myśl, może raczej wróciła, żeby przyjść do seminarium. Postanowiłem sobie, że kiedyś, w najbliższym kościele, jaki będzie przy tej stacji, odprawię Mszę św. prymicyjną – wspomina Wojciech i dodaje: – Wydaje mi się, że jednym z podstawowych problemów Kościoła jest problem z reklamą. Te treści, które możemy przekazywać, są dla wielu nieosiągalne. Natomiast mamy taką świetną ofertę, którą powinniśmy oferować, powinniśmy ją prezentować, bo naprawdę wyjaśnia wiele rzeczy. Jest tak treściwa, tak bogata nawet w argumentację, że gdy się ją pozna, dopiero się ją docenia.

Krzysztof, bardzo związany ze wspólnotą parafialną, zaraz po ukończeniu szkoły podstawowej chciał iść do niższego seminarium duchownego. Za namową mamy poszedł jednak do normalnego gimnazjum, a potem do liceum. Myśl o kapłaństwie wygasła. Pracował, ukończył studia na dwóch kierunkach, we Wrocławiu i w Tarnowie. Jednak w każde wakacje nieustannie powracała myśl, że wszystko, co robi, jest ucieczką. – Ciężko mi było pogodzić się z pozostawieniem całego życia. Człowiek zamyka się, nie może założyć własnej rodziny. Ja też byłem trochę rozdarty. Chciałem być w seminarium. Chciałem być księdzem, a z drugiej strony myślałem sobie: ojej, przecież mogę normalnie żyć, mieć żonę i dzieci. Ale przyszedł ten moment, niespokojne noce, niespokojne serce. Nie miałem w ogóle spokoju. To był jakiś mus. I teraz jest dobrze – mówi.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie