Nareszcie jesteś moja

- Nie może być tak, że choroba i cierpienie rozdzielają ludzi, one muszą łączyć - mówi o. Andrzej Chorążykiewicz. Dzięki jego staraniom dwoje starszych małżonków po kilkuletniej rozłące z powrotem zamieszkało razem.

Anna i Wenanty Tomczakowie są małżeństwem od 1960 roku. Poznali się w podróży, na dworcu w Jeleniej Górze. Do Zabrza sprowadzili się, gdy pan Wenanty znalazł pracę na kopalni. We wrześniu 2008 roku jego żona po udarze mózgu, potrzebując całodobowej opieki, trafiła do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego przy ul. Dubiela, prowadzonego przez kamilianów. Wkrótce pan Wenanty też zapadł na zdrowiu i pod koniec kwietnia 2009 roku dostał się do Domu Pomocy Społecznej przy ul. Cisowej, też należącego do kamilianów. – Był w poważnym stanie, dużo leżał w łóżku. Przy dobrej rehabilitacji zaczął funkcjonować w miarę samodzielnie, poruszając się na wózku inwalidzkim – opowiada o. A. Chorążykiewicz, dyrektor DPS. – Po pewnym czasie pan Wedanty zaczął dopuszczać do swojej świadomości, że gdzieś jest jego ciężko chora żona, jak on to mówił: „moja”, i chciałby do niej pojechać. Kontakt telefoniczny był niemożliwy, ponieważ pani Anna nie mówiła, dziś jeszcze wypowiada tylko pojedyncze słowa. Wymyśliliśmy więc, że spróbujemy doprowadzić do ich spotkania.

Tak też się stało. Z DPS-u przy Cisowej pan Wenanty pojechał do oddalonego o kilka kilometrów zakładu, gdzie przebywała żona. – Pracownicy, którzy towarzyszyli temu spotkaniu, byli bardzo poruszeni. Płakał i pan Wenanty, i pani Ania. Nie widzieli się prawie trzy lata. To spotkanie było o tyle ważne, że obydwoje się rozpoznali. Mimo że stan pani Ani był ciężki, wiedziała, kto do niej przyjechał. Trzymała męża za rękę i sobie popłakiwała, a Wenanty mówił: „Nareszcie Cię znalazłem, nareszcie jesteś moja”. Jak tylko wrócił do naszego domu, zapytał, kiedy znów będzie mógł odwiedzić żonę – wspomina o. A. Chorążykiewicz.

Po tym spotkaniu stało się jasne, że małżonków trzeba połączyć. Wtedy też zaczęły się schody, bo przepisy prawne dla domów pomocy społecznej i zakładów opiekuńczo-leczniczych są różne. Momentami wydawało się, że paragrafy zniweczą wszystkie starania. Ojciec Andrzej Chorążykiewicz kalkulował: skoro w domu, którego jest dyrektorem, przebywają już osoby z niską punktacją w skali Barthela, tak niską jak ma pani Ania (według niej oceniany jest poziom samodzielności pacjenta), to dlaczego nie mogłaby przyprowadzić się tu kolejna. – Personel naszych zespołów opiekuńczych stwierdził, że nie ma problemu, żeby taką pacjentkę przyjąć. Warunek: ona musi tylko chcieć i musi na to zgodzić się zakład, gdzie przebywa, bo przenosiny wymagały wspólnej mobilizacji, żeby wszystko przeprowadzić zgodnie z wymogami – podkreśla.

– Etap przygotowania dokumentacji był trudny i obejmował wiele osób z personelu medycznego. Każda z tych osób musiała wyrazić niezależną opinię, że nie zaszkodzi to zdrowiu pani Ani – podkreśla o. Chorążykiewicz. Później jeszcze decyzję musieli podjąć urzędnicy, ale wszystko szczęśliwie się zakończyło i w wigilię Dnia Chorego małżonkowie zamieszkali razem. Otrzymali pokój na III piętrze kamiliańskiego DPS-u, tuż obok odnowionej kaplicy. – Dzisiaj Bogu dziękujemy, że są razem i że stan zdrowia ich obu zdecydowanie się poprawił – zauważa o. A. Chorążykiewicz, którego pan Wenanty nazywa „proboszczem”.

– Proboszcz się starał, żeby tu być razem – wyznaje z wdzięcznością i ma kolejne marzenie: żeby żona umiała mówić jak dawniej. A ponieważ przy mężu szybko robi postępy, oboje pewnie nieraz jeszcze wszystkich zadziwią.

«« | « | 1 | » | »»
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie