Pranie pod księżycem

Nie przywiozła go tu zaczarowana dorożka. Przypłynął łódką. W Praniu wiersze Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego nie spłowiały, lecz nabrały barw.

Zamiast przewodnika zabieramy jego tomik. „Tu gdzie się gwiazdy zbiegły/w taką kapelę dużą/domek z czerwonej cegły/rumieni się na wzgórzu/to leśniczówka Pranie/nasze jesienne mieszkanie” – czytamy.

To miejsce położone w Puszczy Piskiej na skarpie nad Jeziorem Nidzkim przypominającym kształtem jelenie rogi stworzył w swojej poezji. Bez strof „Kroniki olsztyńskiej” czy „Pieśni” pewnie zapomniano by o tym porośniętym dzikim winem domu z oborą i kuchnią letnią. Przyjeżdżali tu Jarosław Abramow-Newerly, Jerzy S. Sito, Kazimierz Dziewanowski, Bohdan Czeszko, Jerzy Putrament, Agnieszka Osiecka, ale to Gałczyński zmienił Pranie w legendę. Spał na żelaznym łóżku, swoje rzeczy trzymał w skleconej przez leśniczego Stanisława Popowskiego etażerce, a kulejące biurko podpierał tomem Szekspira, którego wtedy tłumaczył. Ale uznał, że to najcudniejszy kawałek ziemi pod… księżycem. – Bo według niego najpiękniejszą z kobiet świata jest noc, a jej atrybutem jest księżyc – mówi Jagienka Kass, która z mężem, poetą – Wojciechem, od 15 lat gospodarzy na włościach „Zielonego Konstantego”.

Kiedy ja, bożyszcze tłumów, przyjechałem tu z rodzinnego Sopotu, zobaczyłem, że księżyc w tej głuszy świeci jak ogromna latarnia – mówi Wojciech Kass, kustosz muzeum K. I. Gałczyńskiego. – Gdy nie ma innych źródeł światła, można w jego blasku kroić ciemność jak zsiadłe mleko.

Nie lubi określenia kustosz, kojarzącego mu się z funkcją odkurzającego eksponaty. Wkłada słomkowy kapelusz i woli się nazywać w stylu „Gały” (to jeden z wielu pseudonimów twórcy „Niobe”) – „Pastuszkiem zielonej gęsi”. Tak też pisze w dedykacjach swoich tomików, w których utrwala Pranie. Nie da się ukryć, że to miejsce ma szczęście do poetów. Jan Stolarczyk – wydawca Różewicza, śmieje się, że równolegle powstają dwa muzea: Gałczyńskiego i Kassa.

Lamenty komara

Kiedyś przypłynął do nas cały obóz żeglarski, żeby w Praniu zrobić sobie pranie – opowiada Magdalena Stecka, przewodniczka po muzeum. – To był podstęp instruktorów, którzy chcieli, żeby uczniowie poznali Gałczyńskiego.

Poeta przypłynął tu pierwszy raz w lipcu 1950 z żoną Natalią i córką Kirą tak jak młodzież – przez Jezioro Nidzkie. – Wszedł po schodach i został – streszcza Kass. Leśniczówkę na końcu świata polecił mu tłumacz literatury rosyjskiej Ziemowit Fedecki. Poeta był przybity po tym, jak na V Zjeździe Związku Literatów Polskich zaatakował go Adam Ważyk, podważając zgodność jego poezji z wytycznymi panującego ustroju. Konsekwencją tego był zakaz druku i niechęć kolegów po piórze. Pranie stało się dla niego eremickim klasztorem, gdzie mógł uspokoić swoje nerwy. Przyjeżdżał tu pięć razy, aż do roku śmierci – 1953. W sumie spędził w Leśniczówce trzynaście i pół miesiąca. W tym czasie powstały poematy „Niobe”, „Wit Stwosz”, „Kronika olsztyńska”, „Pieśni”. Ale też wiersz „Rozmowa liryczna”, której uczył się na pamięć prawie każdy zakochany. I przejmująca „Rozmowa z matką”. W nim nawet nadjeziorne, denerwujące komary poeta zamienił w płaczki po śmierci matki: „(…) Lamentuje nad uchem komar./Może to ty matko, na niebie/ jesteś tymi gwiazdami kilkoma?”.

Zajmował się też tłumaczeniami „Snu nocy letniej”, „Burzy” Szekspira, poezji Nerudy. Jak opowiadał leśniczy Popowski, autor „Zaczarowanej dorożki” wstawał rano, kąpał się i siadał do pisania. Dopiero po południu zaczynały się rozmowy, spacery, odwiedzanie ulubionych zakątków, którym nadawał nazwy. Jedną z zatok ochrzcił Szczupaczą, choć nie łowił ryb. Za to podziwiał zarastające ją grządziele i nenufary. Inną nazwał Słoneczną. To w niej na amen zgubił jedną z dwóch kupionych w Moskwie obrączek, bo ślubne, żeby przeżyć, Natalia sprzedała w czasie wojny.

Kass idzie pół godziny do miejsca, gdzie stał „G.B. Shaw” – ulubiona sosna Gałczyńskiego. Stara jak żyjący długo irlandzki pisarz. Kiedy w 1983 uschła, nadleśnictwo ustawiło na jej miejscu obelisk z napisem: „Poeci i drzewa odchodzą, pozostaje pamięć i poezja”, który wymyślił poeta Krzysztof Kuczkowski. Ktoś z wycieczkowiczów na pamiątkowym kamieniu wyskrobał krzywy napis: „Pijak”.

Łowienie księżyca

Miejscowi opowiadali, że kiedy Gałczyński umarł, z leśniczówki wywieziono furę pustych butelek. Nie wiadomo, ile ich opróżnił. Jedno jest pewne – pił. Wojciech Kass urodził się 11 lat po śmierci Gałczyńskiego. – Teraz jestem strażnikiem jego pamięci – mówi. – Ale sam musiałem dotrzeć do poety żywego. Odrzucić stereotypy, w które obrósł. Zaraz po śmierci zawłaszczyli go inni twórcy, władze samorządowe, które utrzymują to miejsce. – Włożyłem palec do jego rany – opowiada. – Do moich rąk trafiła karta chorobowa ze szpitala psychiatrycznego, w którym się leczył. W niej, jak na spowiedzi, opowiada o sobie lekarzowi. Czyż może być większe zbliżenie do drugiego człowieka? Jak wejdziesz tak głęboko w czyjąś samotność, musisz stanąć w jego obronie. Gałczyński raz wpadał w euforię, drugi raz w otępienie. Po napisaniu „Kroniki olsztyńskiej” on – 45-letni mężczyzna – w Rucianem-Nidzie z radości fikał koziołki na trawie. A kiedy dopadała go depresja, tygodniami nie umiał odpisać na jakiś list.

Siedzimy przy stole na ganku obory zamienionej na dom z administracyjnym parterem i dwoma pokojami na górze, gdzie mieszkają gospodarze – Jagienka, Wojciech i ich syn Bruno.

Kiedy tu przyjechaliśmy, w wieku 33 lat stałem się innym, odnowionym człowiekiem – opowiada Wojciech Kass. – Znajomi zakładali się, czy wytrzymamy zimę. Bo, żeby przez cały rok opiekować się zakątkiem Konstantego Ildefonsa, trzeba zamieszkać tu na stałe. A to wymaga krzepy fizycznej i psychicznej.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie