Nasz zaśpiew

Nikogo nie chciałyśmy naśladować. Nasz hit Biało-Czerwonych miał brzmieć tak, jak my czujemy ten sport – mówi Irena Krawiec, liderka zespołu Jarzębina z Kocudzy Drugiej. Dziś już chyba nikt w Polsce nie pyta: a gdzie to?

Bocianie gniazda po prawej i lewej. Im bliżej Lubelszczyzny, tym więcej. I coraz rzadziej przerywana ściana lasu. W głąb ciemnego boru co roku zapuszczają się okoliczni gospodarze, by zebrać jak najwięcej jagód, żurawiny i grzybów. I sprzedać potem przy drodze. Zwłaszcza gdy o inne zajęcie trudno. Czyste powietrze i sielskie krajobrazy mają przecież swoją cenę: brak odpowiedniej liczby zakładów przemysłowych, które mogłyby zapewnić pracę wielu mieszkańcom. Przydrożne kapliczki – jak ta św. Marcina na polach Branewki-Kolonii, z XVII w. – mówią jednak, że ludziom tu jak u Pana Boga za piecem. I coraz liczniejsze krzyże, najczęściej przypominające o szalejącej kiedyś w okolicy zarazie. Kampania reklamowa województwa pod hasłem: „Lubelskie. Smakuj życie” idealnie pasuje do tego, co czuje zmęczony hałasem aglomeracji przyjezdny. Wszystko dzieje się wolniej, spokojniej. Może z wyjątkiem Kocudzy w powiecie janowskim, do której od dwóch tygodni bez przerwy przyjeżdżają ekipy telewizyjne. Praktycznie nieznana w kraju wieś nagle znalazła się w centrum zainteresowania.

Co w trawie piszczy

Pod niebieskim sklepem trzech mężczyzn wstaje na widok podjeżdżającego obcego samochodu. Niejedną ekipę dziennikarską już tu witali. – Tylko pokażcie, że mamy tu dwa Orliki, dwie remizy, piękną szkołę, pokażcie, bo to, co oni z nami zrobili… – Tadeusz żali się na telewizję, która pokazała tylko złamany płot, znikające w krzakach gospodynie, walącą się chałupę i podpitych mieszkańców. – Jakiej wiary jesteście… komuniści, partyjni? Oczerniać ludzi wam się zachciało, tak? – pyta zaczepnie drugi kolega. Właściwie to ich rozumiem. Przyjeżdżają mądrale z gazety na chwilę i potem udają, że poznali duszę miejsca, w którym oni żyją od lat. A szkoła rzeczywiście imponująca, z placem do rekreacji, którego nie powstydziłoby się niejedno miasto.

Przy kościele grupa mężczyzn uwija się na placu budowy. Świątynia będzie powiększona o nowe pomieszczenia, m.in. salę spotkań, pokój ministrantów. Parafia niedawno obchodziła swoje 25-lecie. Ale jesteśmy tu dzień przed 30. rocznicą rozpoczęcia budowy. – Zaraz jak tylko zaczęła się budowa, to w tym samym roku trzy powołania ze wsi mieliśmy. Toż to dowód na działanie Opatrzności – Józef Góra opowiada z pasją o życiu parafialnym. Duże dłonie, przypominające bochny chleba, świadczą o tym, że niejeden budynek we wsi postawił. Pracuje tu społecznie. Z Jarzębiny, jak wszyscy we wsi, jest bardzo dumny. – Każdy śpiewa, jak potrafi – krótko komentuje głosy krytyki, że piosenka za płytka i ośmieszająca kulturę ludową. – A przecież naród wybrał, przez SMS-y, więc o czym w ogóle rozmawiać – rozkłada spracowane ręce.

Proboszcz parafii ks. Jan Kardaś: – Cała wieś nieraz pokazała, że ludzie mają tu serce. Gdy na Lubelszczyźnie były powodzie, to od nas wyjechały trzy tiry załadowane z pomocą – opowiada. Jest świadomy, że wieś starzeje się, bo młodzi wyjeżdżają i raczej nie myślą o powrocie. Nie widzą perspektyw. Tylko Gabrysia, która właśnie skończyła próbę przed rocznicą I Komunii św., nie widzi na razie powodu do ucieczki: marzy o śpiewaniu w zespole Jarzębina. Na razie trenuje w dziecięcych Wisienkach. Twórczość ludowa lokalnych zespołów jest nieodłączną częścią kocudzkiej duszy.

Drobiowa przyśpiewka?

Gminny Ośrodek Kultury w Dzwoli z siedzibą w Kocudzy Drugiej. To pełna nazwa miejsca, gdzie od pewnego czasu spotyka się Jarzębina. Na stole rozłożone stroje, w których kobiety wystąpiły w Warszawie podczas ogłoszenia werdyktu konkursu na hit reprezentacji. Dyrektor ośrodka Zbigniew Buryta nie kryje entuzjazmu z sukcesu zespołu. – One sobie zasłużyły na tę wygraną, bo to nie jest tylko ten jeden hit, ale od ponad 20 lat śpiewają na naprawdę wysokim poziomie. Występują na różnych festiwalach, a w Kazimierzu trzykrotnie otrzymały nagrodę Złotej Baszty; były tak dobre, że potem przez pewien czas nie mogły stawać do konkurencji – opowiada Buryta. I zdradza genezę słynnego „koko koko”. – Wszyscy myślą, że to taka „drobiowa” przyśpiewka, a to tylko poczwórnie zaśpiewany pierwszy człon nazwy naszej miejscowości, Kocudzy – wyjaśnia. Trzeba przyznać, że nie jest to tak oczywiste bez znajomości kontekstu, trudno więc się dziwić, że ludzie mają „drobiowe” skojarzenia. Jakie plany w związku z sukcesem Jarzębiny? – Kto wie, może teraz powstanie piosenka na Eurowizję – mówi dyrektor ośrodka kultury.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie