Walczę dla Boga

Życie ks. Mirosława Mikulskiego to ustawiczna walka. Najpierw o powołanie, potem o parafian, dzieciaki ze „smutnym” dzieciństwem i sportowców. Ale dzięki boksowi nauczył się patrzeć na trudności z otwartymi oczami.

Kiedy tak po ludzku nachodzi go chandra, bierze lupę. Podchodzi do półki, na której wiszą miniaturowe łyżeczki, i w powiększeniu odczytuje nazwy państw, z których zostały przywiezione. Ma ich blisko trzysta. Z każdą wiąże się odrębna historia. I nie tylko z nimi. W jego gabinecie znajduje się kolekcja sportowych pucharów i pluszowych tygrysów. A w kuchni arsenał kubków – niektóre także z tygrysem. To swoiste „wota dziękczynne”, które księdzu Mirosławowi Mikulskiemu przynieśli parafianie, dzieci i sportowcy, o których nawrócenie przez 50 lat kapłaństwa walczył ze sportowym zacięciem.

Bój o drogę

Zanim zaczął przyprowadzać innych do Boga, sam musiał stoczyć bój o własną drogę. W dzieciństwie nakreśliły ją dwie postacie: św. Jan Bosko, który przez gry i zabawy prowadził młodzież do wiary, oraz św. Damian de Veuster – bo wbrew wszystkiemu przywracał nadzieję trędowatym. Ale kiedy postanowił pójść w ich ślady, w małym seminarium ojców zmartwychwstańców w Krakowie, dostał odmowę. Nie chciały go przyjąć także trzy kolejne. Wreszcie trafił do małego seminarium prowadzonego przez księży salwatorianów w Krakowie, a potem do Wyższego Seminarium Salwatorianów koło Wrocławia. I kiedy wydawało się, że droga do kapłaństwa jest już na ostatniej prostej, przyszedł kolejny cios. Po pięciu latach studiów został wydalony. „W zachowaniu nie stwierdzono żadnych braków moralnych, ale ze względu na jego charakter, nie nadaje się do kapłaństwa” – brzmiało uzasadnienie. Ks. Mikulski przyznaje, że był indywidualistą i jak na przyszłego księdza miał nietypowe zainteresowania. Trenował boks. Po latach kolejnych starań, gdy siedem seminariów odmówiło przyjęcia, drzwi, choć nie od razu, otworzyło mu dopiero warszawskie. W 1962 r. z rąk kard. Wyszyńskiego otrzymał święcenia kapłańskie. Z radością wszedł na drogę, której od lat pragnął.

Podwórko Pana Boga

W czerwcu 1978 r. jako proboszcz dostał swoją pierwszą parafię w Lubochni. „Tam zawsze wódkę można kupić” – taką miała opinię. Księża bali się do niej przyjść, bo kiedyś w czasie Sumy ludzie proboszcza z ambony wynieśli, a kościół zamknęli. Niektórzy kapłani sami składali rezygnację. – Na początku o tym nie wiedziałem, więc z całą gorliwości zabrałem się do pracy – wspomina ks. Mikulski. Zaczął od nauczania – o sakramentach, liturgii i prawdach wiary można było posłuchać przed każdą Mszą św., zaraz po niej, a nawet podczas rozmów na ulicach. Ludzie chętnie słuchali. Ale z wcielaniem w życie pobożnej nauki było już gorzej. Na spóźnialskich z zegarkiem w ręku proboszcz czekał przed kościołem, a podpierających parkan zapraszał do środka.

Uświadamianie wiernych towarzyszyło ks. Mikulskiemu praktycznie na każdej z dziewięciu parafii, w których pracował. W Lubochni na przykład założył uniwersytet parafialny, żartobliwie zwany KUL nr 2, w którym oprócz spraw „nieba” poruszane były także sprawy „ziemi” (np. z dziedziny prawa). Prowadził nietypowe katechezy przednarzeczeńskie, przygotowujące do chrztu, bierzmowania oraz małżeństwa. Z nałogiem parafian walczył m.in. organizując publiczne przyrzeczenia abstynencji. Produkującym alkohol pokazywał dekret o odmowie rozgrzeszenia i pochówku kościelnego, a kiedy to nie skutkowało, sam w sutannie stawał na schodach karczmy. Nietrzeźwych sam odwoził do domu. Troski o chorych uczył także parafian. Gdy po 11 latach odchodził z parafii, z 44 melin zostało tylko 6, a w pobliskiej gospodzie nie sprzedawano już alkoholu.

Zaginione

„ Skoro trenowałeś boks, to na pewno sobie poradzisz” – brzmiała zachęta kard. Józefa Glempa do objęcia kolejnej parafii. Tym razem św. Floriana na Pradze, na której terenie znajdowała się słynąca z przestępczości ul. Brzeska. Ks. Mikulski z Brzeską poradził sobie znakomicie, ale zamiast pięści do „obezwładnienia” jej mieszkańców użył serca. Tradycją stały się wspólne wigilie w praskich „studniach”. Razu jednego niechcący usłyszał, jak stary prażanin prosto z serca życzył młodemu: „Obyś nie był taki złodziej jak ja.” Były też wielkie wyrzeczenia, by do opłatka na trzeźwo wytrzymać. Wspólnie przeżywano także Drogę Krzyżową, kiedy to ukrzyżowany Pan niesiony z podwórka do podwórka dotykał ludzkiej biedy. Tak samo wędrował maryjny różaniec. Żeby pokazać tym ludziom świat wolny od alkoholu, organizował biegi lekkoatletyczne i radosne tańce. – Pokochałem tych ludzi. Do tej pory, kiedy przejeżdżam samochodem przez Brzeską, lecą mi łzy – wspomina ks. Mikulski. Za działalność na Pradze został Prażaninem Roku, dostał Order Kawalera Uśmiechu, a w ubiegłym roku nagrodę miasta stołecznego Warszawy.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Grażyna
    21.05.2012 22:45
    Dziękuję bardzo księdzu Mirosławowi Mikulskiemu, który uczył mnie religii w latach sześćdziesiątych w Mińsku Mazowieckim.
    Jego radykalizm i konsekwentne nauczanie oraz
    zainteresowanie sytuacją w rodzinie, zaowocowało głębokim szacunkiem do stanu kapłańskiego i pragnieniem większej wiedzy o Bogu.
    Oglądając fotografie wspominam kuligi organizowane przez księdza.
    życzę księdzu wielu łask i błogosławieństwa Bożego.
    emerytka z Warszawy. Grażyna Zielińska
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie