Misjonarz sam nic nie zrobi

Ćwierć wieku posługi kapłańskiej jest dobrą okazją do refleksji nad jej owocami. O blaskach i cieniach misyjnych dróg z o. Ignacym Tadeuszem Koszałką SVD rozmawia Agnieszka Skowrońska.

Agnieszka Skowrońska: Jak wyglądała Ojca droga do kapłaństwa? Dlaczego wybrał Ojciec życie misjonarza werbisty?

O. Ignacy Koszałka: – Od dzieciństwa coś mnie pociągało w stronę życia kapłańskiego. Pamiętam, gdy miałem 6 lat, przyjechał do nas daleki kuzyn, który był właśnie misjonarzem werbistą, i pokazywał przeźrocza z Afryki. To obudziło we mnie chęć pojechania na misje. Zanim jednak udało się to zrealizować, 14 lutego 1969 roku zostałem przyjęty do grona ministrantów w parafii pw. św. Mikołaja w Gdyni i służyłem odtąd przy ołtarzu, cały czas żyjąc pragnieniem bycia kapłanem misjonarzem. Po ukończeniu gdyńskiego Technikum Mechanicznego, 1 września 1980, wyjechałem do nowicjatu werbistów. Czas formacji był jednocześnie okazją do spotkań ze starszymi współbraćmi – misjonarzami w Papui-Nowej Gwinei, Polinezji, Azji, Australii, Ameryce Południowej, Afryce czy na Filipinach. Jeszcze przed profesją wieczystą i święceniami diakonatu wiedzieliśmy, dokąd zostaniemy wysłani po święceniach kapłańskich, bo to każdy z nas przedstawia sugestie, gdzie pragnąłby pracować. Ja zaproponowałem kolejno: Ekwador, Kolumbię, Boliwię. Udało się pokonać ogromne problemy z uzyskaniem paszportu oraz wizy, i już jako kapłan wyświęcony 17 maja 1987, po intensywnym 3-miesięcznym kursie języka kastylijskiego w Madrycie, 10 stycznia 1988 roku znalazłem się w Ekwadorze.

Jakie doświadczenie najbardziej zapadło Ojcu w serce z początku pracy na wymarzonej misji?

– Niedługo po przyjeździe do Ekwadoru zostałem poproszony o pomoc duszpasterską w czasie Wielkiego Tygodnia w bardzo biednej, położonej w górach parafii w San Simón, diecezja Guarana w środkowej części Ekwadoru, która przez wiele lat nie miała stałego kapłana. Pamiętam, jakby to było wczoraj: w Wielki Czwartek i Wielki Piątek słuchałem spowiedzi od 9 rano do 22. Pojawił się tam pewien mężczyzna, który nie spowiadał się przez 50 lat. Byli i inni, którzy również przez wiele lat nie korzystali z sakramentu pokuty. Ogromnie radowałem się, że mogłem pomóc im pojednać się z Bogiem. Dla przeżycia choćby tylko tego momentu warto było zostać misjonarzem!

Czy ludzie w Ekwadorze doceniają pracę misjonarzy?

– To ciekawe, ale wolą misjonarzy obcokrajowców niż własnych kapłanów. Bo często jest tak, że tych ostatnich trudno znaleźć w parafii. Misjonarz natomiast z nimi po prostu przebywa i to im daje poczucie bezpieczeństwa. Od kapłana oczekują wsparcia i towarzyszenia im w codzienności. Potrafią być też bardzo wdzięczni za tę obecność. Nie zdarzyło się jeszcze, bym był głodny, bo ludzie chętnie dzielą się z misjonarzem tym, co mają, choć mają niewiele: ziemniaki, jajka, kukurydzę. Jeśli nabiorą zaufania do niego, oddadzą mu wszystko, pragnąc tylko jednego: aby z nimi był.

Będąc tyle lat na misjach, musiał Ojciec wykonać wiele zadań. Które z nich uważa Ojciec za najważniejsze lub najciekawsze?

– Z wielką radością wspominam czas pracy w parafii pw. św. Ludwika Beltrana w Ludo, którą podjąłem 10 października 1998 roku i kontynuowałem przez 11 lat. Praktycznie zaś obsługiwałem dwie parafie liczące sobie ok. 8000 mieszkańców. Podliczyłem, że przez ten czas średnio co roku przystępowało do Pierwszej Komunii Świętej ok. 100 dzieci, mniej więcej tyle samo odbywało się chrztów. Małżeństw zawierano mało, bo ok. 10 rocznie, bierzmowanie zaś przyjmowało ok. 90 osób. Była to dla mnie dobra szkoła duszpasterska, bo nikt mnie nie wprowadzał w tajniki kierowania parafią. To sprawiło, że musiałem odważnie wchodzić w dialog z ludźmi świeckimi i uczyć się rozumienia oraz poszanowania ich mentalności, kultury i obrzędów, choćby w tak delikatnych sytuacjach jak pogrzeb. Jednak dialog ten zaowocował, bo doświadczam do dziś ogromnej serdeczności, kiedy zdarza mi się tam wracać.

A jak ocenia Ojciec zaangażowanie ludzi świeckich w życie Kościoła?

– Świeccy, choćby w parafii, w której pracowałem, sami wykazywali się ogromną inicjatywą. Nie trzeba było im przypominać, że np. nadchodzi Wielki Tydzień i dobrze by było przygotować dekorację świątyni. Sami organizowali się w grupy, które nie tylko dbały o wystrój zewnętrzny, ale i czuwały z modlitwą, ze śpiewem w czasie adoracji Najświętszego Sakramentu przez całą noc, mimo dotkliwego zimna, bo parafia ta znajduje się na wysokości 2640 m n.p.m. Muszę wspomnieć, że w czasie 11-letniej pracy parafialnej miałem do pomocy 250 animatorów świeckich, katechistów, osób przygotowujących innych do sakramentów. Przekonywałem się wtedy nieustannie, że misjonarz sam, bez współpracy ze świeckimi, nic nie zrobi.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie