Marzę o rozmowie z papieżem

O samodzielnej likwidacji ZUS, szkole życia u sióstr zakonnych i największym życiowym sukcesie z Danutą Holecką rozmawia Agata Puścikowska.

Agata Puścikowska: Stajesz czasem przed wyborami typu: albo jestem katoliczką, albo dziennikarką?

Danuta Holecka: – Nigdy. Nie bardzo sobie też wyobrażam, jak to miałoby wyglądać. Przychodzę do studia, zapominam, kim jestem, w Kogo wierzę, więc udaję? Wchodzę na wizję, a wyznawane wartości zostawiam w garderobie? Gdy ktoś jest uczciwy względem samego siebie i Pana Boga, tak się nie da. Jestem dziennikarką, jestem katoliczką. Gdyby ktoś podczas rozmowy nagle zapytał mnie, czy wierzę w Boga, powiedziałabym, że tak! Nie muszę ukrywać swojej wiary. Zupełnie inaczej wygląda kwestia poglądów politycznych. Nie wolno mi podczas pracy, rozmowy z politykami, ujawniać własnych sympatii czy antypatii politycznych. Bo chociaż jest jasne, że każdy dziennikarz ma poglądy polityczne, to epatowanie nimi podczas programu publicystycznego uważam za niestosowne, co więcej – mało profesjonalne.

Zanikający gatunek.

– Nie wiem, być może. Każdy ma inne standardy pracy, ja się trzymam swoich.

Zanikający standard to chyba również doskonałe przygotowanie do rozmowy. Czujesz się dinozaurem?

– Wolę być dinozaurem, niż podczas rozmowy okazać się dyletantem (śmiech). Mam zasadę: staram się wszechstronnie przygotować do wywiadu. Nie mogę wiedzieć mniej niż mój rozmówca. Dlatego zanim zacznie się „Minęła dwudziesta”, przez kilka godzin czytam, czytam, czytam. I uczę się. Tak na marginesie, moja praca jest pod tym względem świetna: wciąż poznaję nowych, zazwyczaj mądrych ludzi, wciąż się uczę. Po latach pracy dziennikarz, który poważnie traktuje swój zawód, naprawdę mnóstwo wie. Co oczywiście daje ogromną satysfakcję. Cieszę się, że moje życie tak się potoczyło, że zostałam właśnie dziennikarką: dziękuję za to Bogu codziennie.

„Tak się potoczyło”, czyli jak? Najpierw liceum zakonne, potem SGH. Gdzie tu miejsce na media?

– To prawda, jestem absolwentką warszawskiego liceum sióstr nazaretanek. Posłał mnie do tej szkoły dziadek. Pracował ciężko w USA, gdzie wyjechał „za chlebem”, i tam poznał renomę szkół katolickich. Gdy wrócił, postanowił mnie do takiego liceum wysłać. A po maturze zdałam na SGH, na ekonomikę produkcji. Podczas studiów natomiast poznałam mojego obecnego (i jedynego) męża. Pobraliśmy się. Potem przypadkiem usłyszałam w telewizji o konkursie na dziennikarzy i prezenterów programów informacyjnych. Wybrali mnie spośród bardzo wielu kandydatów. I zostałam.

Na początku kariery zawodowej urodziłaś synów…

– To prawda. Nawet miałam dylemat: ponieważ na przesłuchaniach byłam już w ciąży, zastanawiałam się, czy przypadkiem nie zrezygnować. Jednak nie zrobiłam tego, a gdy chłopcy mieli osiem miesięcy, wróciłam do pracy. Oczywiście pomagał mi mąż, z którym dzieliliśmy obowiązki przy dzieciach. Dziś nasi synowie mają po 19 lat i właśnie obaj dostali się na medycynę. Synowie to bezwzględnie mój największy życiowy sukces.

Mąż pewnie za te słowa się obrazi.

– (śmiech). Nie, raczej przytaknie. Rodzina, synowie, dom – jako całość – to największa wartość w moim życiu.

Wracając do szkoły zakonnej, dobrze ją wspominasz?

– Nawet bardzo dobrze! Bo chociaż pierwsze miesiące były trudne: jako czternastolatka przyjechałam do Warszawy z małej miejscowości na Mazurach, mieszkałam w internacie, więc bardzo tęskniłam za domem i rodzicami. Ale dość szybko szkołę polubiłam. I muszę przyznać, że to, co w niej dostałam, procentuje do tej pory. Przede wszystkim siostry nauczyły mnie mądrze pojętej samodyscypliny. Były bardzo konkretne, stawiały jasne granice, konsekwentnie ich pilnowały. Ja też jestem konkretna, więc jasne zasady funkcjonowania i zachowania bardzo mi odpowiadały. Siostry działały nowatorsko. Zapraszały na przykład Japończyka, który miał z nami warsztaty o obowiązkowości, wytyczaniu sobie celów i sposobie ich realizacji. Nauczył nas planowania: co robić, by osiągnąć cele mniejsze i większe. Krok po kroku, dzień po dniu. Do tej pory żyję zasadą, której ów Japończyk nas nauczył: „Co masz zrobić jutro, zrób dziś”. Oczywiście, jak to między młodymi dziewczynami a siostrami zakonnymi bywa, nie zawsze układało się idyllicznie. Na przykład bardzo nie lubiłam mojej polonistki z pierwszej klasy. Za to teraz mamy serdeczne relacje.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie