Bóg się kiedyś wytłumaczy

O pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej, ostatnich ekshumacjach i życiu w cieniu narodowej tragedii z Barbarą Stasiak rozmawia Agata Puścikowska.

Agata Puścikowska: Jest Pani zmęczona szumem medialnym wokół siebie?

Barbara Stasiak: – Zmęczenie to zbyt duże słowo. I oczywiście wolałabym, żeby było jak dawniej: z mężem unikaliśmy publicznego mówienia o sobie, o intymnych szczegółach z życia. Nie braliśmy udziału w sesjach do eleganckich magazynów dla pań, bo woleliśmy działaniem, a nie wywiadami służyć ludziom. Ale teraz wszystko się zmieniło i właśnie mówienie publiczne o sprawach tak naprawdę bardzo intymnych jest chyba potrzebne. Jednocześnie staram się nie epatować szczegółami, sprawami wykraczającymi poza delikatną, prywatną sferę.

Poczucie misji?

– W pewnym sensie tak. Katastrofa smoleńska to największa tragedia narodu od czasu drugiej wojny światowej. Tragedia milionów Polaków. A jednocześnie nasza, prywatna: rodzin, bliskich, przyjaciół tych, którzy zginęli. Dlatego nie da się o tym zapomnieć, przestać mówić i pytać. A świadkowie najbliżsi, tacy jak ja, w sposób szczególny – mimo osobistego dramatu – muszą mówić. Zresztą przez ostatnie dwa i pół roku nie ma dnia, by dobrzy ludzie nie wspierali tego, co robię. Przyjaciele, rodzina, ale i tysiące zupełnie obcych ludzi zapewniają, jak ważne jest mówienie o katastrofie, zadawanie pytań. Zapewniają o swoim poparciu, modlitwie. Gdyby nie ci wszyscy ludzie dobrej woli, którzy są przy mnie od kwietnia 2010 r., byłoby mi jeszcze trudniej.

Wszyscy ludzie? Chyba nie czytała Pani niektórych wypowiedzi w internecie, nie słuchała Pani dokładnie wszystkich polityków…

– Rzeczywiście na fora internetowe nie wchodzę, nie czytam, bo nie chcę, by mnie raniono. Jednocześnie – jestem socjologiem – wiem, kto z reguły pisze anonimowe kalumnie: to ludzie zamknięci w sobie, bez umiejętności budowania relacji w realnym życiu. Do mnie natomiast, choćby na Powązkach, gdy przychodzę na grób męża pomodlić się i zapalić znicz, podchodzą zwykli ludzie, którzy czują, myślą, również – mimo upływającego czasu – nadal noszą w sercu i żałobę, i pamięć.

Wspominają Pani męża?

– O tak! To ciekawe i budujące. Bo mojego męża właściwie dobrze wspominają wszyscy: od lewej do prawej strony politycznej. Podobnie dziennikarze: lubili go wszyscy. Po jego śmierci właściwie od początku doświadczałam wsparcia od osób, które Władka poznały nawet przelotnie – kiedyś komuś pomógł, uśmiechnął się, zwyczajnie porozmawiał. Zupełnie obcy mi ludzie przychodzili, opowiadali, jak poznali mojego męża i co dla nich dobrego zrobił. Mam wrażenie, że dobro, które mąż czynił kiedyś dla innych, teraz wraca do mnie. Gdy Władek zginął, przez nasze mieszkanie na Ochocie przewijały się tłumy. Ludzie siedzieli na kanapie, krzesłach, gdy zabrakło miejsca – na podłodze. Byli ze mną wtedy, są i teraz. Rodzina, przyjaciele, a także wyjątkowe przyjaciółki, z którymi los mnie związał właśnie 10 kwietnia. Żony, które tak jak ja straciły mężów, wspierają mnie szczególnie. To prawda, że czasem w żartach mówimy do siebie per „sąsiadko”, bo teraz spotykamy się na Powązkach i za czas jakiś będziemy tam sąsiadkami… Czasem nawet – o dziwo – żartujemy, np., że zdjęcia na wspólny z mężem grób powinnyśmy zrobić teraz. Żeby pasować do przystojnego, młodego mężczyzny. Tak, trzymamy się z dziewczynami razem, wspieramy. Gdy rok temu, w swoje imieniny, leżałam w domu z grypą, przyjechały bez zaproszenia. Przywiozły dobre słowo i smaczne naleśniki. I były. Obecność jest tak ważna.

Unika Pani słowa „wdowy”.

– To prawda. Jakoś nie lubię, nie potrafię… Może dlatego, że cały czas jestem, pozostałam żoną. I czuję obecność męża, wierzę w obcowanie świętych. Wierzę też, że on już mnie spotkał w swoim niebie, gdzie nie ma smutku ani tęsknoty, a czas płynie inaczej niż tu, na ziemi. To my jeszcze czekamy na spotkanie z nimi – oni już tam nas mają. Taki trudny paradoks.

Mąż jest w niebie?

– Myślę, mam takie wewnętrzne przekonanie, że oni prawie wszyscy są w niebie. Jakoś zawsze ostatnie chwile w Smoleńsku kojarzą mi się z wierszem Władysława Broniewskiego: „Prosto do nieba, czwórkami szli”. To było po Wielkiej Nocy, tuż przed Niedzielą Miłosierdzia, w polskich realiach większość z tych pasażerów była po Triduum Paschalnym i Rezurekcji, w stanie łaski uświęcającej.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie