Śmieciówki

Umowy inne niż etat mają dziś czarny PR. Czy tzw. umowy śmieciowe są wyzyskiem pracowników, czy ratunkiem 
dla bezrobotnych?

Za likwidacją tzw. umów śmieciowych opowiadało się przed wyborami wiele ugrupowań. Zapowiedzieć miał ją niedawno premier Donald Tusk w swoim tzw. drugim exposé, ale w ostatniej chwili z tego się wycofał. „W czasach kryzysu, kiedy absolutnym priorytetem jest bezpieczeństwo zarobkowania i zatrudnienia, nie możemy się na to zdecydować” – dodawał poza sejmową mównicą. Niewątpliwie jednak problem do publicznej debaty powróci, chociażby za sprawą strajku, który m.in. pod hasłem likwidacji „śmieciówek” przygotowują na Śląsku cztery największe związki zawodowe, i kampanii informacyjnej, jaką szykuje NSZZ „Solidarność”. Czy umowy śmieciowe – jak mówią związkowcy – są wyzyskiem pracowników i niewolnictwem XXI wieku? Czy też ratunkiem dla bezrobotnych, którzy nie mają szans na stały etat? 


O czym rozmawiamy?


Do wielkiego wora z napisem „umowy śmieciowe” wrzuca się dziś często wszystkie umowy, które nie są etatowe, czyli nie zapewniają pracy na czas nieokreślony. Etat jest tym, czego pracownicy pragną najbardziej. Zapewnia stały dochód, ośmiogodzinną pracę przez 5 dni w tygodniu, płatny urlop i zwolnienie lekarskie, w razie problemów ze zdrowiem – prawo do renty, na starość – prawo do emerytury. Daje poczucie stabilności, a w przypadku ludzi młodych większe szanse na kredyt w banku na przykład na kupno mieszkania, co z kolei może mieć wpływ na decyzje o założeniu lub powiększeniu rodziny.
Są jednak sytuacje – w życiu firmy bardzo częste – że dodatkowi pracownicy są potrzebni tylko na jakiś czas albo do wykonania konkretnego zadania. Wtedy przydatna jest umowa na czas określony, która od etatu różni się tylko tym, że ma krótszy czas wypowiedzenia i kończy się w określonym terminie.

Pracujący na niej są chronieni tak samo jak pozostali: mają opłacany ZUS, ubezpieczenie zdrowotne, a czas pracy wlicza się do stażu. Trudno więc nazwać ją śmieciową tylko dlatego, że kiedyś się kończy. 
Problem z umowami czasowymi polegał na tym, że były nadużywane. Firmy zamiast etatu proponowały powtarzające się umowy okresowe. Prawo poprawiono i teraz trzecia umowa czasowa z automatu staje się umową na czas nieokreślony. Ale i na to znalazł się sposób. Można przecież zatrudnić pracownika na… 10 lat (rekordzista miał 20-letnią umowę). Albo po dwóch umowach wręczyć mu umowę-zlecenie, żeby po miesiącu – zgodnie z prawem – znów zatrudnić go na czas określony. 


Niedźwiedzia przysługa


Wątpliwości budzą umowy cywilnoprawne: umowa-zlecenie i umowa o dzieło. Chociaż wykonujemy konkretną pracę, jej czas nie wlicza się do stażu. Mniejszą też mamy ochronę. W przypadku umowy-zlecenia opłaca się składki emerytalną, rentową i zdrowotną, ale gdyby pracujący zachorował lub miał wypadek – musi radzić sobie sam, bo ani płatnego zwolnienia, ani renty nie dostanie. Ponieważ za studenta lub ucznia do 26. roku życia, pracującego na umowie-zleceniu, i za wszystkie osoby z umową o dzieło nie trzeba płacić żadnych składek, nie przysługuje im też żadna ochrona.
– Osoby pracujące na takich umowach nie mają zabezpieczenia w postaci opieki medycznej, renty, emerytury, urlopu, które przecież nie są żadnymi przywilejami. Dla nich obojętne jest, czy pracują na czarno, czy na umowę o dzieło, bo ani w pierwszym, ani w drugim przypadku nie mają żadnych praw socjalnych – mówi Barbara Surdykowska, ekspert z Komisji Krajowej „Solidarności”. 
Niektórzy machają ręką, że nie ma co pompować ZUS, bo emerytury z niego i tak będą opłakane. Lepiej wziąć pieniądze i samemu zadbać o przyszłość.
Problem w tym, że, jak premier zaznaczył w exposé, na większości umów śmieciowych pracują osoby, które zarabiają rocznie do 5 tys. zł, a to znaczy, że same nie opłacą sobie składek, nie odłożą na prywatną emeryturę, nie ubezpieczą się w prywatnych firmach. Wolność jest w tym przypadku pozorna jeszcze z innego powodu. Na razie mamy system emerytalno-rentowy repartycyjny, czyli obecnie pracujący opłacają emerytury i renty. To z jednej strony swoisty podatek na rzecz obecnych emerytów, ale i wypracowywanie własnej emerytury. Dlaczego niektórzy mieliby być z tego zwolnieni?


Europejski ewenement


Elastyczne formy pracy miały pomóc grupom, które na rynku pracy radzą sobie najgorzej: emerytowi, który chce dorobić, osobie niepełnosprawnej, która może pracę wykonać w domu, absolwentowi bez doświadczenia albo matce, która dzięki ruchomemu czasowi pracy bez problemów pogodzi opiekę nad dziećmi z obowiązkami zawodowymi. Dziś nikt nie ma wątpliwości, że w takim zamyśle są potrzebne. Ale to, co miało być kołem ratunkowym dla wielu, stało się kamieniem u szyi. Wystarczy spojrzeć na młodych: ponad 85 proc. 24-latków pracuje na umowach śmieciowych. Statystyki pokazują, że popracują jeszcze długo na niekończących się stażach, umowach o dzieło i zleceniach, a doświadczenia te wcale nie ułatwiają im zdobycia etatu i rozwoju kariery zawodowej. 
W ubiegłym roku ponad 3,5 mln polskich pracowników miało umowę na czas określony i z roku na rok przybywa ich o ponad 100 tys. Przodujemy w całej Unii pod względem umów doraźnych: ma je blisko jedna trzecia pracujących (średnia Unii to 14 proc.). Do tego dochodzi 1,3-milionowa już rzesza samozatrudnionych (w ciągu 3 lat przyrosła o 400 tys. osób). Skąd takie powodzenie alternatywnych form zatrudnienia?
Dla pracodawcy wolny strzelec na kontrakcie, umowie-zleceniu lub umowie o dzieło bardziej się opłaca. Nie musi płacić za niego składek na ubezpieczenie społeczne, podatek też jest niższy. Przy zarobku 1000 zł brutto pracownik na etacie kosztuje pracodawcę 1206 zł miesięcznie (pracownik dostanie na rękę 763 zł), a na umowie o dzieło tylko 1018 zł (856 zł na rękę). Nic więc dziwnego, że zatrudniający woli wybrać „tańszy wariant”.
Zygmunt Mierzejewski, wiceprzewodniczący Forum Związków Zawodowych, zaznacza, że przedsiębiorcy zawsze będą dążyli do obniżania kosztów pracy, ale zadaniem rządu jest zagwarantowanie, żeby nie odbywało się to z krzywdą dla pracowników. Nie chodzi nawet o 1 mld zł, który mógłby wpłynąć do ZUS, gdyby wszystkie umowy z pracownikami były objęte jednakowymi składkami. Za 30 lat może okazać się, że mamy rzeszę 60-latków, którzy nie wypracowali nawet najniższej emerytury i którzy przejdą na garnuszek opieki społecznej, czyli nas, podatników.
Dziś nikt nie ma wątpliwości, że zarówno pracodawcy, jak i pracownicy lepiej radzą sobie na rynku, gdy mają do dyspozycji różne formy zatrudnienia. Zadaniem rządu zaś jest, by żadne nie zachęcały do nadużyć.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Eterno Vagabundo
    02.11.2012 12:46

    Właśnie w tym ustroju
    Umowy czasowe,
    Mają niechlubne miano:
    Ś m i e c i o w e .

    Więc pracowniku
    Sezonowy,
    To Władza mówi
    Żeś jest ś m i e c i o w y.

  • abab
    03.12.2012 13:26
    Zazdroszczę tym ze śmieciówek. Chciałabym, aby miesięcznie zostawało mi w kieszeni chociaż 700 złotych. Nie zostaje. Po opłaceniu ZUSu, odliczeniu kosztów, o 700 złotych na czysto mogę tylko pomarzyć. Jestem na działalności. I w życiu nie zatrudnię żadnego pracownika, bo by mnie ZUS puścił z torbami a PIP i wszystkie urzędy wdeptały w g... Coraz bardziej zastanawiam się, jaki to ma sens.
    Szacunek dla ludzi, którzy potrafią stworzyć i utrzymać firmę, zatrudnić ludzi, i jeszcze mieć dość odwagi i na tyle stabilną sytuację, żeby im zaproponować stałe zatrudnienie.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie