Lekarz Nadziei

Życiorys profesora Zbigniewa Chłapa to idealny materiał na scenariusz filmowy.

Pierwsza scena mogłaby się rozgrywać w Kamerunie. Na moment przed egzekucją lekarza, do której na szczęście nie dochodzi. Równie mocny początek mógłby zostać nakręcony w Rumunii, podczas rewolucji, która obaliła reżim Nicolae Ceauşescu. Tam bili kolbami karabinów. Albo w czasie wojny w Czeczenii. Albo pod wieżą telewizyjną w Wilnie. Ale chyba najlepszy na początek byłby zimowy kadr ze stanu wojennego, gdy Zbigniew Chłap w grudniu 1981 roku przyjmuje pierwszy transport darów dla „Solidarności”. Zbliżenie: krótka rozmowa z francuską lekarką, a potem czołówka: „Lekarz Nadziei”.

Przedwojenne wychowanie

Dlaczego akurat tamto wydarzenie? Bo z niego można będzie wyprowadzić wszystkie wątki filmu. Przede wszystkim „Solidarność”, którą profesor współtworzył i której był wierny przez cały stan wojenny. Potem pomoc ludziom, bez względu na ryzyko, zwłaszcza tym, o których państwo zapomniało. Wreszcie fascynacja misją realizowaną przez Lekarzy Świata, którzy zawsze są tam, gdzie coś ważnego się dzieje, dając świadectwo miłosierdzia. Nasz bohater jest człowiekiem niezwykle skromnym.

Na pytanie o motyw odpowiada krótko: „przedwojenne wychowanie”. – Już w szkole zakładałem spółdzielnie, działałem w YMCA, byłem uczony, że ważne jest to, co dotyka nie tylko mnie i moją rodzinę, ale społeczeństwo – dodaje. Gdy wybuchła wojna, miał 11 lat. Był w Szarych Szeregach jako „Rober”. W PRL wybór kierunku studiów doradził mu ojciec. Medycyna była najmniej skażona indoktrynacją, a zarazem dawała zawód najbardziej ludziom potrzebny. W sierpniu 1980 r. Zbigniew Chłap pod bramę Stoczni Gdańskiej trafił przypadkowo.

Miesiąc później wrócił do Gdańska już jako przedstawiciel komitetu założycielskiego „Solidarności” na krakowskiej Akademii Medycznej. Ale w swoim żywiole znalazł się właściwie dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego. I tu wracamy do transportu z darami. To Zbigniew Chłap, który miał zawodowe kontakty we Francji, był jego adresatem. Samochód utknął w zaspach, stał 48 godzin na siarczystym mrozie, zanim dotarł pod Wawel. Profesor był pod wielkim wrażeniem determinacji młodych lekarek, które koniecznie chciały pomóc „dzielnej »Solidarności«”.

Zawsze w aptece

Tamten transport pojechał do Komitetu Charytatywnego w krakowskiej kurii. Zawartość następnych trafiała już do podziemi kościoła św. Anny. W filmie można zaryzykować stwierdzenie, że zorganizowana tam apteka darów była pewną przykrywką. Punkt odbioru pomocy z zagranicy stał się bowiem szybko punktem kontaktowym podziemnych struktur „S”. Rozdzielano nie tylko leki i żywność, także bibułę. Organizowano wsparcie dla rodzin internowanych i pomoc dla ofiar represji. – Wraz z grupą młodych lekarzy jeździliśmy do domów, udzielając pomocy osobom pobitym podczas demonstracji. W bardziej skomplikowanych przypadkach trzeba było dyskretnie ukrywać tych ludzi w szpitalach – wspomina prof. Chłap.

– Tu szczególne zasługi miał śp. prof. Andrzej Szczeklik – dodaje. Dyskretnie pomija swoją kluczową rolę w najbardziej niebezpiecznych misjach, np. opracowaniu wiarygodnej dokumentacji medycznej po pobiciu ks. Isakowicza-Zaleskiego w 1985 roku przez „nieznanych sprawców”. Minęły trzy dekady, po drodze był Okrągły Stół, w którego pracach Zbigniew Chłap uczestniczył, potem odzyskana wolność, zagraniczne misje… Ale właściwie w tej aptece darów profesor tkwi do dziś. Co prawda nie mieści się ona już od dawna w podziemiach św. Anny, tylko w Nowej Hucie, ale wciąż pełni tę samą rolę. Lekarze Nadziei udzielają w niej pomocy ludziom, którzy są poza systemem, o których w kraju ekonomicznego sukcesu ktoś zapomniał.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • zen-x
    26.12.2012 12:03
    Trzeba mieć czyste serce, by z taka wiarą i miłością postępować .Tacy ludzie to artyści miłości wielkiego kalibru.! A najciekawsze jest,że dla nich to naturalne.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie