Lancelot dzień zaczyna

Żeby spełnić marzenia, potrzebowali motyki, wideł i grabi. No i tłustego mleka z wieczornego oraz porannego udoju.

Jeszcze raz spojrzała w wielkie łazienkowe lustro, by podmalować oczy. On stał za nią, poprawiał krawat i śpiewał coś pod nosem, ale nie słyszała słów, bo przez uchylone okno wdzierał się dźwięk telepiącego się autobusu. Odłożyła pędzelek, wziął ją pod rękę i wyszli na ulicę, gdzie czekała taksówka. Odjechali w stronę teatru. Teraz nie mają okazji, by razem wychodzić na miasto. Nawet gdyby okazję mieli, to nie mogą. Bo albo krowy trzeba wydoić, albo pomóc którejś się ocielić.

Stolica żółtości

Słońce ma wstać o 7.00, Sylwia wstała o 5.00. Lancelot jeszcze śpi, pojawi się za półtorej godziny, kiedy będzie budził Krainę Wielkich Jezior. Jego pani wciągnęła spodnie, włożyła golf i poszła obudzić przybytek. Wrota ciężkie uchyliła, zawołała: Wstawać! I wstały, zamuczały, wymiona dały sobie podczepić do dojarki i ciepłe mleko ruszyło wprost do baniaków. Jest 5.30. Ciemno. – Jeśli wcześnie rano wydoję krowy, to po południu wcześniej rozpocznę udój i tym sposobem będę miała wieczór dla siebie, męża i córki – mówi Sylwia. Pijemy mleko z kubka, takie z pianą, ciepłe ciepłotą krowy, a nie kuchenki elektrycznej; mleko od krowy rasy jersey, pozostawione w kubku na oknie, wykradzione Mruczkowi, bo to była jego porcja. Wybacz. Tak więc Mruczek był głodny, 5 krów dostało siano do syta, 80 owiec nie mniej. Te ostatnie teraz się nie doją, bo czekają na jagnięta, które przyjdą całą bandą na przełomie grudnia i stycznia. Tymczasem w kuchni Rusłan – mąż Sylwii – pokroił już słoninę – skwierczy, zaraz dołączą do niej jajka. Jajecznica robi się tak żółta, jak żółty może być kolor żółty. A smażą się nie byle jakie jaja, bo od zielononóżek – najstarszej rasy polskich kur, którym przewodzi Lancelot, ten, który wstanie dopiero za 30 minut i nie domyśla się nawet, że z jaj zabranych wczoraj spod strzechy nie będzie piskląt. Siedzimy w kuchni przy drewnianym ciężkim stole, tuż obok okna, w którym widać ciemność, i obok starego kredensu, pamiętającego rozbiór Polski.

Myli się ten, kto myśli, że samą jajecznicą dzień witamy. Na stole lądują domowej roboty sery – jerseyowy blue i jerseyowy dojrzewający, jedne z najlepszych polskich serów zagrodowych w tej części Europy. Rozpływają się w ustach i na nic porównania z innymi serami, których pełno w hipermarketach czy nawet delikatesach. Gospodarze kroją ser na desce. Zęby wbijają się w plastry, fala śliny bez przerwy przypływa po nowe kęsy… Za oknem już nie ciemność, tylko sad stary. Wstał kogut Lancelot i ogłasza, że dzień świta, choć wszędzie siwe mgły, jakby dzień się kończył, a wieczór zaczynał. Takie właśnie ma barwy mazurski poranek na końcu jesieni i z początkiem zimy. W tym klimacie zakochali się Sylwia i Rusłan, właściciele gospodarstwa „Frontiera”.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie