Wołanie o dojrzałość

– Mam dwie natury. Jedna to natura filozofa, druga to natura obywatela i polityka – mówi prof. Ryszard Legutko.

Piotr Legutko: Nie lubi Pan demokracji?

Prof. Ryszard Legutko: – Lubię, ale tylko w tym zakresie, w jakim zasługuje ona na lubienie. Nie jest to żaden ideał czy szczególna wartość. Demokracja sprawdza się jako sposób wyłaniania rządów oraz sprawowania nad nimi kontroli. I tyle. Tymczasem żyjemy w czasach bałwochwalstwa demokracji. Słowo „demokratyczny” zaczęło być stosowane jako największy komplement, a „niedemokratyczny” jako największa nagana. To niemądre. Demokracja ma liczne wady, wielokrotnie w przeszłości opisywane. Dzisiaj o tych wadach nikt nie chce pamiętać, nikt nie chce ich opisywać ani przed nimi przestrzegać. Ogarnęło ludzi szaleństwo demokratyzowania wszystkiego, również tego, czego demokratyzować nie wolno: Kościoła, szkoły, rodziny.

Ma Pan świadomość, że za kwestionowanie demokracji, i to na piśmie, bo w książce „Triumf człowieka pospolitego”, może Pan zostać zaliczony do grona faszystów?

– Na tym właśnie polega bałwochwalstwo demokracji. Trzeba oddawać jej cześć jak złotemu cielcowi, zamiast myśleć racjonalnie nad optymalnymi rozwiązaniami. Znamienne jest zresztą, że demokratyczne bałwochwalstwo służy często jako osłona dla łamania tych mechanizmów, które akurat są dobre i którymi demokracja góruje nad innymi ustrojami. Tak się dzieje w dzisiejszej Unii Europejskiej, gdzie wszystkie wypowiedzi polityków ociekają retoryką demokratyczną, a gdzie często ignoruje się to, co w demokracji kluczowe, czyli głos wyborców. Instytucjami unijnymi rządzą ludzie bez demokratycznego mandatu i bez demokratycznej kontroli. Niekiedy mam wrażenie, jakby polityka europejska była w ręku Molierowskich świętoszków, którzy ze swoim demokratyzmem obnoszą się jak Tartuffe ze swoją pobożnością, a postępują w absolutnej sprzeczności z głoszonymi zasadami.

Cała Pańska książka zbudowana jest na analogiach między komunizmem a liberalną demokracją. Jakkolwiek byłyby uderzające, muszą budzić odruch sprzeciwu. Przecież te dwa ustroje dzieli przepaść!

– I w książce o tym piszę. Co nie zmienia faktu, że podobieństwa istnieją. Oba ustroje łączy pewien sposób myślenia, inżynieria społeczna, budowanie – jak to się mówi w żargonie politycznym – „projektów modernizacyjnych”. Jeden i drugi ustrój zmierzał do wyczyszczenia społeczeństw ze wszystkich złogów przeszłości i ze wszystkiego, co nie jest zgodne z ideologią ustrojową. W komunizmie zrobiono to, stosując terror, w liberalnej demokracji używano środków nieporównanie łagodniejszych. Efekt końcowy miał być jednak podobny: egalitaryzm, ingerowanie przez państwo w życie człowieka, we wspólnoty, w prywatność, używanie prawa jako instrumentu zmiany społecznej. W jednym i w drugim przypadku mamy rozwinięty kult ustrojowy: za komuny wielbiliśmy socjalizm i wszystko miało być socjalistyczne, teraz wielbimy liberalną demokrację i wszystko ma być liberalnodemokratyczne. Przedtem edukacja służyła socjalizmowi, teraz ma służyć demokracji. I tu, i tam niszczono szkoły jako miejsca swobodnego rozwoju kultury umysłowej, wolnego od wpływu ustroju politycznego.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie