Niewolnicy Stalina

Carat po powstaniu styczniowym wywiózł na Sybir ok. 30 tys. ludzi z terenu całego zaboru rosyjskiego. Zimą 1945 r. Sowieci zaledwie z kilku powiatów wywieźli do niewolniczej pracy co najmniej tyle samo Ślązaków.

Do dzisiaj nie znamy pełnego wymiaru skali deportacji mieszkańców Górnego Śląska, którzy od stycznia do maja 1945 r. byli wyłapywani przez jednostki NKWD i transportowani w głąb Związku Sowieckiego. Na podstawie archiwów zgromadzonych w Ośrodku Przechowywania Zbiorów Historyczno-Dokumentalnych Federacji Rosyjskiej w Moskwie, niektórzy historycy szacują liczbę wywiezionych z Górnego Śląska na ok. 90 tys. Prokuratorzy IPN, którzy od lat zajmują się tą sprawą, twierdzą, że ostateczna liczba deportowanych z pewnością nie będzie mniejsza niż 40 tys. Ciągle pojawiają się nowe nazwiska oraz nowe źródła, zarówno polskie, niemieckie, jak i rosyjskie. Trwają także w IPN w Katowicach prace nad utworzeniem bazy danych o osobach, które bez żadnego wyroku, często zupełnie przypadkowo, stały się ofiarami największych deportacji, jakie miały miejsce na terytorium państwa polskiego po 1945 r.

Byli częścią reparacji wojennych

Czasem wyglądało to w taki sposób, jak w swoich zeznaniach przedstawiła Anna Klak, której ojciec Teodor Woschinski pracował w kopalni „Sośnica”. W styczniu 1945 r. udał się do centrum Zabrza, gdzie miał usuwać zniszczenia wojenne. Gdy zebrała się dość liczna grupa, została otoczona przez żołnierzy sowieckich i odprowadzona w kierunku Gliwic. Pani Anna już więcej ojca nie widziała. W 1947 r. do Zabrza wrócił jeden z deportowanych, spisując nazwiska tych, którzy byli razem z nim i tam zmarli. Na liście było także nazwisko jej ojca. Pracował w kopalni węgla na Zaporożu i zmarł w obozie w Dniepropietrowsku w lutym 1947 r. Miał wtedy 48 lat. Więcej szczęścia miał Leopold Warwas, górnik z Miechowic. W jego domu nawet w czasie okupacji mówiło się po polsku. W lutym 1945 r. został wezwany na zbiórkę do kopalni „Dymitrow”, skąd zabrano go wraz z kolegami i wywieziono do Związku Sowieckiego. Powrócił po półtora roku. Opowiadał, że wielu nie przeżyło transportu w bydlęcych wagonach.

Ich zamarznięte trupy wyrzucano podczas postojów pociągu. Pracował w kopalniach w Donbasie. Wielu jego kolegów zmarło tam z głodu, zimna i wyczerpania ciężką pracą. Aleksander Miłoszek pracował w hucie cynku w Katowicach. Sowiecki patrol zabrał go z domu. Przez lata rodzina nie wiedziała, co się z nim stało. Dopiero relacja jego kolegi pozwoliła ustalić, że zmarł w sierpniu 1945 r. w Woroszyłowgradzie. W Wieszowej w marcu 1945 r. zatrzymano wszystkich mężczyzn i skierowano do pracy przymusowej. Wielu z nich jednak do domów już nie wróciło. Po jakimś czasie rodziny otrzymały wiadomość, że zostali wywiezieni na wschód do kopalń w Donbasie. Nieliczni, którzy przeżyli, opowiadali, że ludzie padali tam z głodu i zimna jak muchy. Z powodu mrozów nie dało się nawet wykopać grobów, więc ciała leżały przykryte jedynie śniegiem. Wiosną rozszarpały je ptaki. Takich opowieści można przytaczać wiele, zostały zapisane w ponad 100 tomach akt tego śledztwa. Polska władza na Górnym Śląsku w zimą 1945 r. była tylko nominalna.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie