Zginął tak, jak żył

Ci, którzy znali ks. Mariusza Graszka, najczęściej opisują go jednym słowem: skromny. I dodają, że prowadził ich do Boga.

W Boliwii, niedaleko miasta Oruro, w którym niedawno stanął gigantyczny posąg Matki Bożej, rozpędzony autobus uderzył w grupkę ludzi naprawiających auto. W wyniku tego wypadku, który miał miejsce 8 lutego, śmierć poniosło sześć osób. Wśród nich był ks. Mariusz Graszk, 36-letni polski misjonarz, który po otrzymaniu od sióstr elżbietanek informacji o awarii ich samochodu, pospieszył im z pomocą. Towarzyszyli mu czterej boliwijscy żołnierze, których był kapelanem, i postulant bonifratrów. – Zginął, tak jak żył: pomagając innym – komentuje ks. Krzysztof Seroka z parafii św. Kazimierza w Giżycku, znajomy księdza Mariusza.

Zadatki na świętego

– Ta wiadomość zwaliła mnie z nóg. Po prostu padłem na kolana i zacząłem płakać – wyznaje w rozmowie z „Gościem” Grzegorz Polak, dziennikarz Katolickiej Agencji Informacyjnej. – Kiedy spotykaliśmy się w parafii na warszawskim Ursynowie, widziałem jego olbrzymią determinację i radość z tego, że pojedzie na misje. Był do tej wyprawy znakomicie przygotowany. Jego śmierć to – po ludzku biorąc – wielki paradoks. Zginął człowiek, który miał zadatki na świętego. Wszędzie dostrzegał dobro, był cudownym księdzem uwielbianym przez dzieci. Ten rys świętości potwierdzają wszyscy znajomi księdza Mariusza. Wśród jego cech najczęściej wymieniają skromność. – Właściwie to nie wiem, czy mogę o nim mówić, bo on sam pewnie powiedziałby: nie trzeba, przestań, po co to – zastanawia się Kamil Rogowski, 28-letni lektor w parafii św. Anny w Giżycku. – To był człowiek, który całe życie poświęcił Bogu. Czy byliśmy na rowerach, czy na kajakach, zawsze pokazywał swoją postawą, że modlitwa jest najważniejsza.

A przy tym był ogromnie życzliwy. Widać było, że miłość bliźniego w nim aż kipi. Kamil najlepiej zapamiętał wspólne wyprawy z księdzem Mariuszem: – Tak jak on kocham przyrodę, amatorsko fotografuję. Ale ksiądz Mariusz uczył mnie jeszcze lepiej poznawać jej piękno, odkrywać w nim Boga. Zarówno wiarę, jak i wrażliwość na przyrodę ks. Graszk wyniósł z rodzinnego domu w Starych Juchach w diecezji ełckiej. Chętnie opowiadał o swoich rodzicach; o tym, jak widział ich modlących się na kolanach razem z piątką dzieci. Oboje żyją – mama Teresa pracuje jako katechetka, tata Ireneusz zajmuje się rybołówstwem. Brat bliźniak, Jacek, również jest kapłanem – obecnie kończy studia biblijne w Rzymie. Ks. Krzysztof Seroka poznał księdza Mariusza jeszcze jako kleryka na rekolekcjach oazowych w Krasnopolu: – Urzekł mnie wtedy skromnością, nieudawaną pobożnością. Słuchał ludzi z uwagą, uśmiechem, jakby lekko zakłopotany. Znamienny, wiele mówiący o duchowości księdza Graszka, był tytuł jego pracy magisterskiej: „Pokora jako stawanie w prawdzie w ujęciu Ruchu Rodzin Nazaretańskich”. Po święceniach trafił do parafii św. Andrzej Boboli w Białej Piskiej, z której pochodzi właśnie ksiądz Seroka. – Organizował u nas zajęcia sportowe. Lubił biegać i wiele osób wciągał w wieczorne bieganie. Miał charyzmat wynajdywania młodzieży, do której inni by nie dotarli. – Nigdy nikogo nie skreślał, nawet pijaka czy przestępcy – podkreśla Kamil Rogowski. – Zawsze powtarzał, że w nich też jest Pan Bóg. Że są dobrzy, tylko pogubieni. Myślę, że on by nawet Hitlerowi przebaczył.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie