Karolinka przychodzi we śnie

Szła energicznym krokiem, przemieszczając się z końca składu w stronę lokomotywy. Uśmiechnięta, z rozpuszczonymi włosami i torbą na ramieniu. Tak wyglądały ostatnie minuty życia najmłodszej ofiary katastrofy pod Szczekocinami.

Dokładnie rok temu, 3 marca 2012 r., o godz. 20.57 w miejscowości Chałupki pod Szczekocinami doszło do czołowego zderzenia dwóch pociągów. TLK „Brzechwa”, jadący z Przemyśla do Warszawy, w niewyjaśnionych do końca okolicznościach znalazł się na tym samym torze, co interREGIO „Jan Matejko” relacji Warszawa–Kraków. W katastrofie zginęło 16 osób. Wśród nich 25-letnia Karolina Miśta – najmłodsza ofiara tragedii.

Pęd do pomagania

Ten dzień nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Karolina planowała spędzić wieczór w Krakowie, gdzie właśnie kończyła studia z technologii żywienia. 3 marca miała akurat ostatni egzamin przed obroną.

Żałowała, że w związku z tym nie będzie mogła się pojawić na urodzinach Bartka – swojego najmłodszego brata. Nieoczekiwanie przez Kraków przejeżdżał busem jej tata Marek – właściciel firmy transportowej, wioząc grupę wracającą z Zakopanego. Zabrał więc przy okazji córkę, która tym sposobem mogła wziąć udział w rodzinnej imprezie w Snochowicach na Kielecczyźnie. Na zdjęciach z tego dnia widzimy roześmianą młodą dziewczynę, krojącą tort. – Była wtedy taka szczęśliwa i radosna – wspomina jej ciocia Magdalena Stępień. – 23 czerwca, we wspólne urodziny Karolinki i Vovy, jej chłopaka, Ukraińca, miały się odbyć ich zaręczyny. Byliśmy zaproszeni na ukraiński obiad i polskiego grilla. Urodziny się odbyły, tyle że już bez Karolinki... Znajomość z Vovą Romanyshynem zaczęła się od korepetycji. On był akurat w Polsce na stypendium, a ona szukała kogoś, kto poduczyłby ją rosyjskiego przed wyprawą do Kirgistanu. Wybierała się tam w ramach wolontariatu misyjnego, prowadzonego w Krakowie przez jezuitów. Ostatecznie pojechali tam razem, choć Vova miał wtedy bardzo letnie podejście do religii. Ale Karolina zabierała go ze sobą do kościoła. „Wowuś po Komunii to zawsze taki uśmiechnięty, bo wie, że się kończy Msza” – śmiała się. Jego pociągała jej radość, nieustanny pęd, by pomagać innym. Cieszyła się, gdy mogła pracować wśród potrzebujących, niezależnie, czy działo się to w grupie ratowniczej PCK, do której należała, czy też wśród kirgiskich dzieci spędzających całe dni na śmietnikach. Ten świat stawał się stopniowo także jego światem.

Mamo, jest pięknie!

W domu Joanny Nygi-Miśty, matki Karoliny, fotografie roześmianej dziewczyny patrzą na nas ze wszystkich stron. Dziewczęcy pokój wygląda tak, jakby jego lokatorka opuściła go wczoraj. Maskotki, zdjęcia w antyramie, książki na półkach jakby ciągle czekające na swoją właścicielkę. – Nawet w jej rzeczach chodzę, żeby być bliżej niej – mówi mama. – Bo czuję, że ona tu jest z nami. Na pewno chciałaby nam powiedzieć, że śmierć przychodzi szybko i niespodziewanie i że trzeba szybko nieść pomoc drugiemu. „Mamo, jest pięknie!” – ciągle mam te słowa w uszach. I jeszcze: „Już lecę, jestem umówiona”. To ją napędzało. Tego dnia też pędziła. W Krakowie trwała właśnie impreza, której była współorganizatorką. Chciała wpaść chociaż na jej końcówkę, dlatego zdecydowała się wracać wieczornym pociągiem. – Jak nigdy, żegnała się ze mną dwa albo trzy razy. Nie mogła nagadać się z ciocią i z dziadkiem. Do męża powiedziała: „Tato, nie martw się, będzie wszystko w porządku!”. To były jej ostatnie słowa przed wyjściem z domu – opowiada Joanna Nyga-Miśta. Brat Samuel zawiózł Karolinę na dworzec we Włoszczowie. Jechali na pełnym gazie, bo była już spóźniona. Zdążyła w ostatniej chwili. Wsiadła do ostatniego wagonu, ale przeszła do przodu, żeby kupić bilet. Świstek papieru z wydrukiem przetrwał katastrofę. Widnieje na nim godzina: 20.29. O 20.33 wysłała bratu esemesa: „Dzięki! Jestem Ci dłużna dwa piwa”. Jeden ze współpasażerów napisał później, że zapamiętał dziewczynę, która wsiadła we Włoszczowie. Szła energicznym krokiem, przemieszczając się z końca składu w stronę lokomotywy. Uśmiechnięta, z rozpuszczonymi włosami i torbą na ramieniu. Przyszła do pierwszego wagonu, żeby kupić bilet. Żartowała z konduktorami. Ponieważ Włoszczowa Północ była przedostatnią stacją przed Krakowem, konduktorzy pozwolili dziewczynie zająć miejsce w przedziale dla matki z dzieckiem. Świadek zdarzenia obserwował z korytarza zamyślony uśmiech nieznajomej. Miał nawet ochotę wejść do niej i zagadać, ostatecznie jednak zrezygnował. I to jemu udało się przeżyć.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Eterno Vagabundo
    01.03.2013 00:01

    Kto w swojej młodości
    Cel i sens znajduje,
    Tego w pierwszej kolejności
    Pan Bóg potrzebuje.

  • aj waj
    04.03.2013 10:40
    Za katastrofę odpowiedzialne są rządy nieudaczników. Dezorganizacja goni następna de(re)zorganizacje, a PKP zostało zniszczone podzielone na spółki z licznymi dyrektorami i radami nadzorczymi i nikomu nie potrzebnymi zleceniami dla firm zewnętrznych. Szeregowi kolejarze zarabiają gorsze. To jest klasyczne okradanie przedsiębiorstwa podobnie jak LOCie. Pozamykano szkoły kolejowe, składy obsługują osoby nie przygotowani zatrudniane z łapanki, nie ma osób odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Dochodowe PKP Cargo szykują do prywatyzacji, po zachodniej Polsce już jeździ DB Schenker.
    Czy nie warto o tym napisać w rocznicę katastrofy, może rozliczyć ministra (tran)sportu z naprawy PKP przez ostatni rok. Za błędy i nieudacznictwo w normalnych krajach minister podaje się do dymisji.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie