Tramwaj niskopodłogowy

Wczoraj długo nie spałam, zastanawiałam się, czy o tym pisać. Dzisiaj jestem niewyspana, ale zdecydowana.

Niech pan najpierw napisze, że prababcia Aliny nazywa się Dąbrowska Nadzieja. Może ludziom łatwiej będzie się czytało. Jakby co, to zostawię w redakcji metrykę prababci, tam wyraźnie napisane, że ona z Zamojskiego.

Krew

– Nazywam się Iryna Ivanyk, ale o mnie nie piszcie. Powiem tylko, że urodziłam się w centralnej Ukrainie. Rodzice pracowali w kołchozach. Mnie rolnictwo nie interesowało, dlatego zostałam położną. Choć na Ukrainie położnictwo raczkuje, to nie to, co u was. Wasze położne rozmawiają z matką, mąż jak chce, to żonę trzyma za rękę, matka od razu przytula dziecko. Starałam się, żeby i u nas kobiety rodziły nowocześnie, jak mnie uczył na szkoleniach UNICEF. Odebrałam około 300 porodów, z nowoczesnym podejściem. Gdybym urodziła Alinę w Polsce, może nie zachorowałaby na nerwiaka zarodkowego. Miała 6 miesięcy, gdy odkryłam na jej udzie niebieskofioletowe siniaki. Palcami wyczułam w nich twarde grudki wielkości około 1,5 cm. I się zaczęło. W szpitalu w Kirowohradzie nie mogłam być z córką przy zakładaniu wenflonu. Źle ustawiono pompę infuzyjną, przez co chemia podawana była za szybko – dobową dawkę dostała w kilka godzin. Jakby tego było mało, okazało się, że personel nie umie obsługiwać aparatury, a na dodatek była niesprawna, bo w przewodzie kroplówki zbierało się powietrze. Sama odczepiałam rurkę i wypuszczałam powietrze. Zastrzyki robione były kilkakrotnie tą samą strzykawką. Kiedy zwróciłam uwagę, że tak być nie może, usłyszałam, że szpital nie ma pieniędzy. Na całym oddziale onkologii był tylko jeden lekarz i tylko do godziny 14.00. Po chemioterapii przywlekła się sepsa, za nią anemia, taki tramwaj chorobowy. Jednak nikt nie wpadł na pomysł, że to sepsa, tylko mówili, że nadchodzi koniec Aliny. Dlatego zabrałam córkę do najlepszego szpitala w kraju, prawie 300 km jechałyśmy do Narodowego Instytutu Onkologicznego w Kijowie. Tam miała transfuzję. Mogłam być dawcą, także mąż, ale szpital się nie zgodził, dał swoją krew. Zatrutą. Gdy w lutym zrozumiałam, że ukraińska służba zdrowia zamiast leczyć, zabija, zabrałam wszystkie oszczędności i wsiadłam z Alinką w samolot do Warszawy, żeby dziecko ratować. Ale nie piszcie, że jestem bohaterką. Napiszcie, że zwyczajna.

Myśli

Ten zwyczajny pokój na Woli, lepszy niż rodzinny dom w Kirowohradzie, w którego oknach odbijają się inne ładne domy. A na Woli widać tylko stare bloki. Iryna za dnia nie patrzy w okno, wieczorem zasypia zmęczona, więc okna mogłaby nie mieć. Wstaje przed 7.00. Przed 8.00 wstaje Alina, która po nerwiaku zarodkowym nie chodzi jak inne trzylatki, w ogóle nie chodzi. Chwali córkę, że nauczyła się bawić na siedząco – znajdzie coś ciekawego w zasięgu wzroku, choćby lampę, szafę, drzwi, i patrzenie jej wystarcza, jakby bawiła się myślami. Po śniadaniu rehabilitacja Aliny, bo jest szansa, że będzie chodzić. Po rehabilitacji praca w restauracji. Iryna myje podłogi, obiera ziemniaki, kroi cebulę.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie