Zdążyć przed sianokosami

Ilona pochodzi ze wsi Klasztorne, gmina Bierzwnik, powiat Choszczno – po prostu z zachodniopomorskiego. Dzięki stypendium może studiować w Warszawie.

Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia” wyrównuje szanse edukacyjne uzdolnionej młodzieży pochodzącej z małych miejscowości – zwłaszcza ze wsi. Pomocą objętych jest już  2,5 tys. osób. Korzystają gimnazjaliści, licealiści i studenci. Każdy może wesprzeć młodzież, przekazując 1 proc. podatku dochodowego na rzecz fundacji, a także w trakcie zbiórki pieniężnej podczas Dnia Papieskiego. Dzieło powstało, aby upamiętnić Jana Pawła II. A kogo wspieramy?

Magdalena

Madzia wyszła na scenę i wyrecytowała: „Był sobie pewnego razu imbryk do herbaty, dumny z porcelany, z której był zrobiony, dumny ze swej wysmukłej szyi i z dużego ucha. Miał on szyję z przodu, ucho z tyłu i o tym wciąż mówił; nie mówił zaś nigdy o swej pokrywce, która była stłuczona i sklejona, co było wielkim brakiem, a niechętnie mówi się o swych brakach, inni to przecież robią za nas…”. A po skończeniu ulubionej bajki autorstwa Andersena Madzia ze sceny zeszła, usiadła i po chwili znowu wyszła, by nagrodę za recytację odebrać. Nie pierwszą i nie ostatnią. Taka zdolna. Przed sianokosami szkołę zaliczała, żeby później mieć czas na przewracanie siana, grabienie, zwożenie do stodoły. Później żniwa, wykopki, a w Lubelskiem ziemniaki spore, więc się nadźwigała. Ale siłę miała, bo i z krowami walczyła; brała za łańcuchy i na łąkę prowadziła, a krowy jak to krowy – nie wiadomo, co i kiedy bydlęciu do głowy strzeli. Dlatego mama wolała dawać jej w opiekę kurczaki. Nie chodziło o to, że z drobiem mniej roboty, ale że gabarytami nie przerastały Madzi. Biedaczka, musiała się nagonić za temperamentnymi kurami, co w łęgi szły. Sąsiedzi w okna patrzyli i mówili: „Madzia Kaczor za kurami znowu lata”. Bo Magdalena jest Kaczor, po tacie, którego nigdy nie widziała. On ją widział. Miała 11 miesięcy, on 38 lat, gdy umarł. I Kaczorowa sama została z trzema córkami i synem. Byli jeszcze teściowie, ale lat im nie ubywało. Teraz, kiedy Madzia jest Magdaleną, przyjeżdża do domu raz na miesiąc. Nie siedzi za stołem, tylko do roboty się garnie, bo mama nadal ma krowy i ziemniaki. Przyjeżdżałaby częściej, ale studiuje na Uniwersytecie Warszawskim, kilka kierunków naraz (magistra chce mieć z resocjalizacji). Nieraz zaprasza „Warszawę” do Czemiernik. Nie żeby „Warszawa” sobie odpoczęła, ale żeby coś konkretnego zrobiła; płot ostatnio tworzyli z wierzby energetycznej. Nawet wychodek przenieśli, bo stanął na przeszkodzie warszawskiej wizji twórczej. – Ale przyjaciele nie są znowu tacy warszawscy, tylko stypendyści, czyli też ze wsi, na robocie się znają – mówi Magdalena. – Nie poznalibyśmy się, gdyby nie fundacja, i na uniwersytecie też bym pewnie nie studiowała.

Mateusz

Dla Mateusza Smolińskiego toprock to pryszcz, podobnie power moves, freeze, footwork. „Łapka”, „bary”, „żółw” – łatwizna, a szpagat robi na zawołanie. Podstawowe ruchy breakdance opanował w szkole tańca w Nidzicy, dokąd woziła go mama. Przestała wozić, gdy zima zasypała drogi. Mateusz pochodzi ze wsi, gdzie domów niewiele, więc nie jest to droga „pierwszorzędna”, nikt od razu o Bartoszkach nie myśli – żeby jechać i odśnieżyć. A latem, choć drogi przejezdne, to roboty w polu tyle, że trudno myśleć o tańcu – ewentualnie od kwietnia do sianokosów. Później się nie da, bo bydła w oborze sporo. Nieprzejezdne drogi i pękate wozy siana nie zasypały na dobre Mateusza. Co prawda do matury jego świat kończył się na odcinku Bartoszki–Nidzica, będzie jakieś 5 km, ale już po maturze granica przesunęła się o dobre 160 km. Jako jedyny z klasy pojechał na studia do Warszawy. Wybrał zarządzanie i inżynierię produkcji w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Bez pomocy fundacji nie mógłby studiować na SGGW. Jest nie tylko studentem, ale i szefem stołecznych studentów-stypendystów, których jest w mieście ponad 200. Do jego obowiązków należą między innymi: organizacja co dwa tygodnie spotkań formacyjno-integracyjnych, przygotowanie obozów wakacyjnych, zorganizowanie rekolekcji wielkopostnych, telefon do stypendystów, którzy milczą przez pół roku, bo przecież w Warszawie można się zgubić. Organizuje także paczki dla warszawskich bezdomnych, dla samotnych matek z dziećmi. Czasu na taniec mało, a doszła jeszcze jedna pasja – aktorstwo. Gra w teatrze założonym przez grupę stypendystów. Pierwsza poważna sztuka w maju, ale na razie nie podaje szczegółów.

1023 studentów

Ilona Wieczorek pochodzi ze wsi Klasztorne, gmina Bierzwnik, powiat Choszczno, województwo zachodniopomorskie. Na Dworcu Centralnym wysiadła o 6.00, a o 9.00 pisała pracę w episkopacie pt. „Wolność i odpowiedzialność człowieka jako podstawy zaangażowania obywatelskiego”. O 14.00 była już w powrotnym pociągu, z indeksem na prawo na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, bo wygrała konkurs. Teraz jest na roku IV. Pociągami jeździ rzadko. Tęskni za rodzicami i czworgiem rodzeństwa. Nie opuściła żadnego spotkania dla stypendystów ani comiesięcznej adoracji na Żytniej, nie opuszcza pracy, nie opuszcza biednych, dla których jako wolontariuszka organizuje pomoc materialną. W fundacji zajmuje się organizowaniem praktyk w warszawskich firmach dla studentów z innych miast. I można by wymieniać nazwiska 1023 studentów korzystających z pomocy „Dzieła”, na przykład studenta informatyki Leszka Koziatka, który na stronach fundacyjnych napisał o sobie: „W czasach, w których internet był pojęciem abstrakcyjnym, a dzieci biegały z patykami między budynkami, rozgrywając pasjonujące boje, na końcu których zawsze ginęli Niemcy, żył pewien złotowłosy chłopiec. Żył w pewnej mazurskiej miejscowości Wesołówko, której liczba mieszkańców nigdy nie przekroczyła magicznej setki, a jedyną atrakcją był przejeżdżający od czasu do czasu samochód. Chłopiec ten nie miał zbyt wielu kolegów, często się z niego nabijano, bo jak się nie nabijać z kogoś, kto nie dość, że myśli inaczej, czyta książki, interesuje się czymś więcej niż tylko tym, co się dzieje w tej maleńkiej miejscowości, to jeszcze uwielbia piłkę nożną w stopniu przekraczającym zdrowe zainteresowanie i do tego wszystkiego nawet włosy ma inne. (…) Jednak w momencie gdy na jego drodze w 2003 roku pojawiła się Fundacja »Dzieło Nowego Tysiąclecia«, w jego życiu pojawił się nie tyle wiatr zmian, ile cały huragan, który wywrócił jego życie do góry nogami”. A Katarzyna Paszenda pochodzi ze śląskiej, wielopokoleniowej rodziny górniczej. Jest studentką V roku studiów magisterskich na kierunku turystyka i rekreacja oraz III roku studiów licencjackich na kierunku zarządzanie sportem na Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach. Również napisała o sobie: „Jestem najmłodszą córką z trzech urodzonych w dwuminutowych odstępach pewnego marcowego poranka. Mimo że nie jesteśmy siostrami jednojajowymi, wzbudzałyśmy duże zainteresowanie i sympatię u ludzi. Dzieciństwo nasze było wesołe i pogodne, rządził nami o pięć lat starszy brat – Paweł. (…) Moje życie ukształtowali przede wszystkim rodzice, ale i niewątpliwie Fundacja »Dzieło Nowego Tysiąclecia«. Przez spotkania formacyjne, udział w obozach, rekolekcjach Fundacja przyczyniła się do ukształtowania moich poglądów na życie, wytycza mi priorytety, jakimi trzeba się kierować, aby nie tylko brać, ale i dawać coś od siebie”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie