Jakie narzeczeństwo, takie małżeństwo

Dewaluacja narzeczeństwa stała się faktem. To jeden z powodów rozpadających się małżeństw. Jak odrodzić ten jedyny, przedślubny czas?

Paulina (lat 23) i Tomasz (lat 27) zaręczyli się w sylwestra. Ślub planują w czerwcu przyszłego roku. – Zaręczyny były dla nas znakiem, deklaracją, że chcemy być razem i chcemy zbudować rodzinę – mówią zgodnie.  Dlaczego ślub za półtora roku? – Paulina kończy studia, ja też kończę szkołę. Chcemy też dłużej popracować, aby całego wesela nie finansowali rodzice – mówi Tomasz. – I chcemy duchowo przygotować się do sakramentu małżeństwa. Właśnie zaczęliśmy nauki przedślubne – dodaje Paulina. Paulina i Tomasz mieszkają, każde z rodzicami, w średniej wielkości mieście w centrum kraju. Ale i tam, opowiadają, coraz częściej narzeczeni przed ślubem mieszkają razem. W dużych aglomeracjach na kursach przedślubnych takich par jak Paulina i Tomasz jest mniej niż jedna trzecia.

Tak wynika z obserwacji (bo badań nikt nie prowadził) naszych rozmówców pracujących w poradniach rodzinnych. – Tylko 20–30 proc. osób, dla których głoszę konferencje przedmałżeńskie, podchodzi na serio do sakramentu małżeństwa, uznaje jego nierozerwalność i chce przeżyć okres narzeczeństwa w taki sposób, w jaki proponują Biblia i Kościół – ocenia Anna Niemyska, która od ponad 20 lat zajmuje się poradnictwem rodzinnym oraz przygotowuje do życia w rodzinie uczennice w elitarnej szkole sióstr nazaretanek w Warszawie.  I chociaż nie w każdym wypadku spełnia się twierdzenie: „jakie narzeczeństwo, takie małżeństwo”, to pracujący w poradnictwie rodzinnym nie mają wątpliwości, że między tymi stanami zachodzi silna korelacja. Związek między byle jakim narzeczeństwem i byle jakim małżeństwem istnieje. W Polsce rozpada się już jedna trzecia małżeństw. Może więc uzdrawianie małżeństw zacząć od odnowienia narzeczeństwa?

Moda przyszła z Zachodu

W ostatnich kilkunastu latach nastąpiła w Polsce poważna dewaluacja narzeczeństwa. Zauważa to także Joanna Wojtczak, która od 20 lat pracuje w poradni rodzinnej we Wrocławiu. – Gdy 10–15 lat temu przychodzili do poradni narzeczeni, to oznaczało, że ślub odbędzie się w bliskiej perspektywie. Czasem termin ślubu przyspieszało albo wymuszało to, że kobieta była w stanie błogosławionym. Dzisiaj natomiast dużo częściej przychodzą osoby, które znają się dłużej, ale ślub planują za rok, dwa, a nawet pięć lat. Albo takie, które mieszkają z sobą nawet dziesięć lat, mają dzieci i przychodzą, by zawrzeć związek w sensie formalnym.

Trudno mówić, aby byli to narzeczeni, to są osoby żyjące w konkubinatach – mówi Wojtczak.  Narzeczeństwo w tej wersji traktowane jest głównie jako czas potrzebny do zorganizowania ślubu i wesela. A że na wolną salę w domu weselnym trzeba czekać pół roku, rok, a bywa, że i trzy lata, data ślubu jest wyznaczana dużo do przodu. Wiele par wówczas zamieszkuje razem. Pojęcie narzeczeństwa w ostatnich czasach stało się bardzo „pojemne”, przez co jego prawdziwy sens się zaciera. Narzeczonymi nazywają siebie ci, którzy się zaręczyli, zobowiązali się lepszego poznania się, przygotowania do wspólnego życia w małżeństwie i nie podjęli współżycia, ale także te pary, które mieszkają razem od lat, odkładają decyzję o ślubie albo nie myślą o nim wcale.

Moda na konkubinaty, które w zachodnich społeczeństwach rozwijają się od połowy XX w., przyszła do Polski po 1989 r., wraz z otwarciem granic na wszelkie idee i ideologie. Myślenie o rzekomej potrzebie „sprawdzania się” przed ślubem i wspólnym życiu – nachalnie propagowane przez telewizję, kolorowe gazety, kino – zadomawia się w myśleniu nawet dziewcząt w katolickich szkołach. – Większość uczennic myśli o narzeczeństwie tak, jak naucza Kościół, ale jednocześnie coraz więcej mówi głośno i wprost, że przed ślubem trzeba się sprawdzić, zamieszkać ze sobą na próbę – mówi Anna Niemyska. – Nie rozumieją, że jeżeli ktoś się nauczy traktować drugiego człowieka w sposób przedmiotowy, instrumentalny przed ślubem, to tak będzie traktował małżonka po ślubie.

Co można stracić 

Najgorzej, podkreślają obie ekspertki, gdy przyzwolenie na wolne związki, a nawet zachęta do nich istnieje ze strony rodziców, praktykujących katolików, którzy w źle pojętej miłości chcą młodych rzekomo uchronić przed późniejszym rozwodem.  Kard. Jorge Bergoglio, obecny papież Franciszek, w wywiadzie rzece „Jezuita” zauważył: „Dziś wspólne życie przed ślubem, mimo że jest czymś nieprawidłowym z punktu widzenia religii, nie podlega tak negatywnej ocenie jak przed półwieczem. Stało się faktem socjologicznym – choć, naturalnie, pozbawione jest pełni i wielkości związku małżeńskiego, stanowiącego wielką tysiącletnią wartość.

Ostrzegamy zatem przed ewentualną dewaluacją małżeństwa i sugerujemy, by zamiast modyfikować prawodawstwo, raczej zastanowić się poważnie, co ryzykujemy”. W ostatnim zdaniu odnosił się do prawnego sankcjonowania związków partnerskich, w tym homoseksualnych. Ale pytanie: „co ryzykujemy?” odnieść można także do narzeczeństwa, które w sytuacji, gdy wolne związki stały się „faktem socjologicznym”, traci właściwy sens. – Skoro wspólne życie bez ślubu staje się dzisiaj normą, narzeczeństwo tak żyjącym osobom nie jest do niczego potrzebne – mówi Jolanta Such-Białoskórska z wrocławskiej Diakonii Życia. Co tracą ci, którzy nie przeżywają narzeczeństwa tak, jak rozumie je i proponuje rozumieć Kościół? – Tracą fantastyczny czas głębszego poznawania się. Nie sprawdzania się, nie próbowania się, ale planowania wspólnego życia, rozmów o nim, uczenia się kompromisów, stawania się lepszym dla dobra drugiej osoby – mówi Joanna Wojtczak. – Jeżeli miłość w okresie narzeczeństwa będzie przeżywana nie na poziomie seksu, ale motywacji, czyli budowania więzi, to istnieje gwarancja, że jeżeli przyjdzie kryzys w małżeństwie – a przychodzi on w każdym związku – to małżonkowie dużo łatwiej będą umieli się dogadać, znaleźć sposób na rozwiązanie największych trudności. 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • TomaszL
    19.10.2017 07:43
    A może jest inaczej, niż to piszą autorzy. Może młodzi ludzie nie mają problemu z małżeństwem, ale z obłudą pokolenia naszego, czyli ich rodziców.
    Pokolenia, w którym wiele dzieci to "wcześniaki" bo przecież (podobno) zachowywaliśmy czystość przedmałżeńską i wtedy (podobno) nie było konkubinatów. Owszem, kiedyś społecznie niedopuszczalne było mieszkanie bez ślubu, ale nie zmienia to faktu, że istniał problem ślubu z przymusu ciąży i problem, jak ukryć "brzuch" pod suknią panny młodej.
    Nawet nie warto pisać o ówczesnych zdradach małżeńskich, o dzieciach pozamałżeńskich bo to nic nowego.

    A dziś jedynie widać efekty wielu pokoleń niszczących pojęcie małżeństwa. I w sumie z ludzkiego punktu widzenia uczciwiej jest żyć nieformalnie na wzór małżeński niż w małżeństwie zawartym pod przymusem ciąży.
    Natomiast wyzwaniem dla nas, katolików jest przywrócenie wartości małżeństwu. Przez nasze świadectwa życia. Da się przeżyć do śmierci w małżeństwie raz zawartym, da się zachować wierność, uczciwość małżeńska. I nie jest to trudne, gdy małżeństwo buduje się w oparciu o Boga.
    Jak odbudujemy pojęcie małżeństwa, jak pokażemy że warto je zawierać w obecności Boga, to czas narzeczeństwa powróci do swej roli. Inaczej będzie to czas wyłącznie życia na próbę, a najważniejszym na co się latami czeka do ślubu będzie wesele w popularnej sali weselnej.
  • TomaszL
    19.10.2017 08:23
    I jeszcze jedna uwaga - dziś w dobie socjalnego rozdawnictwa tak naprawdę materialnie nie opłaca się żyć w małżeństwie. Pomoc dla samotnych matek, wyręczanie w płaceniu alimentów, brak wymogów bycia małżeństwem przy zakupie mieszkania na raty i kolejne "wspaniałe" pomysły typu skończenie ze wspólnym rozliczaniem podatkowym małżonków powoduje, ze ekonomicznie lepiej jest żyć w konkubinacie.
    A trzeba pamiętać, że jedną z ważnych cech małżeństwa było zabezpieczenie materialne dla żony i dzieci. Dziś te role przejmują nadopiekuńcze państwa. W Polsce z dużym poparciem środowisk katolickich.
  • eSKa
    20.10.2017 11:47
    No niestety nie sprawdziło się: była czystośc, była oaza rodzin, wspólna modlitwa a po latach okazało się, że mąż jest zwykłym oszustem finansowym, miłośnikiem pseudokredytów-chwilówek. Niczego się nie dorobił ani nawet kawalerki, ani własnego auta a długu ma setki tysięcy. Tak więc nie ma recepty na życie, niestety. Umie się świetnie modlić i idzie mu to tak samo dobrze jak wyłudzanie kasy od znajomych. A ponieważ bardzo kocha swoje dzieci pozostawi im po sobie masę długów.... A w narzeczeństwie można się pięknie kamuflować. I czystośc przedślubna ma się tak do perspektywy oszustwa jak życie mrówki do latania samolotem. Ideały ideałami a życie życiem...
  • gość
    21.10.2017 13:21
    jak z koniem na wyścigach trzeba umieć ocenić, cały mondro-miłosierne kaznodziejstwo człowieka nie wykieruje, jeśli dobrych zadatków nie ma, chyba gorzej bo zaciemnia obraz, bez tego na intuicję lepiej by było widać czego się można spodziewać
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie