W stronę błękitnego nieba

Muzyk rockowy opowiadający o tym, że pogodził się z Panem Bogiem i przystępuje do sakramentów? Marek Jackowski wymykał się stereotypom na temat gwiazd rocka.

Jego śmierć nie wywołała ogromnego szumu medialnego, tak jak dzieje się w przypadku gwiazd, które za życia szukały rozgłosu, wywołując skandale. Odszedł cicho, tak jak żył. Choć był liderem Maanamu i twórcą większości kompozycji tego zespołu, zawsze pozostawał w cieniu ze swoją gitarą. Być może dlatego w dość skąpych informacjach, jakie pojawiły się w mediach po śmierci muzyka, rzadko można było usłyszeć o tym, co od wielu lat było dla niego najważniejsze – o jego wierze. – Marek całym sobą dawał świadectwo, że Pan Bóg jest dobry – twierdzi w rozmowie z GN Janusz „Yanina” Iwański, gitarzysta, przyjaciel zmarłego. – Myślę, że zawsze był blisko Boga, tylko w pewnym momencie odwrócił się do Niego twarzą.

Słowo, które żyje

Dwanaście lat temu Marek Jackowski udzielił obszernego wywiadu magazynowi „RUaH”, w którym opowiedział historię swoich relacji z Panem Bogiem – od „słonecznych”, jak mówi, dziecięcych czasów pierwszej spowiedzi i Komunii św., przez utratę wiary, okres poszukiwań i zagubienia, aż po nawrócenie. Wyznał, że jako młody chłopak przeczytał książkę Wandy Wasilewskiej „W pierwotnej puszczy”, która nie uformowanemu jeszcze dziecku „zawróciła w głowie”. „Uwierzyłem w to, co ta, że tak powiem, agenturalna towarzyszka napisała. Powiedziałem: »Panie Boże, ja w Ciebie nie wierzę«” – opowiadał o. Andrzejowi Bujnowskiemu OP.

Na nowo szukać Boga zaczął dopiero na studiach, pod wpływem literatury. Jego mistrzem stał się Jerome David Salinger, o którym pisał pracę magisterską. Zafascynował się też buddyzmem zen, zachęcającym do tego, by przeżyć życie w sposób pełny, „poza słowami” oddalającymi nas od rzeczywistości. Ale dopiero lektura Ewangelii, którą otrzymał od kolegi, sprawiła, że zmienił swoje myślenie. „Doszedłem do tego, że właściwie tam, gdzie w moim odczuciu buddyzm zen się kończy, tam zaczyna się Jezus. I tam, gdzie kończą się słowa martwe, tam zaczyna się Jezus, czyli słowo żywe” – mówił Jackowski.

W tym czasie coraz bardziej pochłania go muzyka. Wsiąka w środowisko krakowskich artystów, w którym sprawy wiary zostają wkrótce przysłonięte przez sztukę i typowe życie bohemy. Gitarzysta wiąże się z Piwnicą pod Baranami, towarzyszy Markowi Grechucie w grupie Anawa, potem gra w zespole Osjan. Wreszcie w 1975 roku zakłada wraz z Milo Kurtisem Maanam.

Boża interwencja

Wokalistką Maanamu była Kora – prywatnie żona Jackowskiego. Nie mieli ślubu kościelnego. „Są pewne ewidentne sytuacje – opowiadał o. Bujnowskiemu – których nie można tłumaczyć na sposób ludzki, udawać, że nie ma tutaj interwencji Bożej, jeżeli ona jest. I uważam, że nie byłoby w porządku, gdybym udawał, że tego w moim życiu nie było. Tak więc chciałem wziąć ślub kościelny, chciałem wreszcie po tylu latach iść do spowiedzi. Ksiądz mnie wyrzucił sprzed konfesjonału, wrzeszczał za mną na ul. Chłodnej w Warszawie: „»Ta młodzież, co wy sobie myślicie?«. Z drugiej strony Kora nie chciała małżeństwa kościelnego, może słusznie, jeżeli czuła, że ten związek ze mną nie jest związkiem właściwym”.

Z tego związku narodził się syn Mateusz. Muzyk przez 10 lat wychowywał też drugiego syna Kory – Szymona, choć nie był on jego biologicznym dzieckiem. Działo się to wszystko w czasie, gdy Maanam odnosił największe sukcesy. W 1980 r. zespół podbił opolską publiczność piosenką „Boskie Buenos”. W ślad za nią poszły kolejne przeboje: „Kocham cię, kochanie moje”, „Nie poganiaj mnie, bo tracę oddech”, „Raz-dwa, raz- -dwa”, „Lucciola”, „Lipstick on the Glass”. Wszystkie one były dziełami tandemu: Kora (słowa) – Marek Jackowski (muzyka). Ich małżeństwo rozpadło się w 1984 r., ale muzykowali razem – z przerwami – do 2007 roku.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie