Czołgi w mieście

Trzy dni w Jastrowiu upłynęły pod znakiem nie tak odległej historii. Na kilka godzin można było trafić prosto do okopów.

Wszystko za sprawą rekonstruktorów, którzy zaprosili mieszkańców regionu na Piknik Militarny.

Niewdzięczna rola

Na zorganizowaną po raz drugi imprezę przyjechało blisko 30 grup i stowarzyszeń rekonstruktorskich z całej Polski. – To świetna zabawa. Wciąga i uczy – mówi Marcin Domaradzki, ocierając pot i zapinając rozchełstany mundur żołnierza Wehrmachtu. Przed chwilą na jego pograniczny posterunek napadli polscy partyzanci. Koledzy z oddziału wzięli na nich krwawy odwet. – My tylko wykonujemy rozkazy – śmieje się. Ale zaraz poważnie dodaje, że wcielanie się w rolę niemieckich żołnierzy bywa trudne. – Była taka sytuacja podczas rekonstrukcji w Warszawie. Mieliśmy atakować powstańcze stanowiska. Często ludzie, widząc nas w niemieckich mundurach, odbierają nas bardzo negatywnie. Na szczęście po inscenizacji sami powstańcy nam gratulowali występu. Przecież my jesteśmy tu tylko aktorami, a ktoś i tę niewdzięczną rolę musi zagrać – opowiada rekonstruktor z pilskiego stowarzyszenia Theatrum Historica.

Mimo negatywnych emocji widzowie nie szczędzili braw aktorom biorącym udział w jednej z inscenizacji, które można było obejrzeć podczas jastrowskiego pikniku. Nie tylko panowie dobrze się bawią. – Do ostatniej chwili szyję i poprawiam swoją sukienkę. Jest dość uniwersalna, mogę być sanitariuszką norweską, niemiecką albo polską, zmieniam tylko fartuszki, emblematy, czepki. Najkosztowniejszą sprawą są buty, tu się nie da nic poczarować, a realia historyczne muszą być zachowane – śmieje się Mirosława Trochim z Gdańska. – Dzieci zajmują się wojskami amerykańskimi, więc czasami patrzą na mnie spode łba, kiedy zmieniam strój i wcielam się w niemiecką sanitariuszkę. Dla pani Mirosławy rekonstrukcja to późno odkryta pasja. Zaraziła się nią przed dwoma laty. – Wciągnęli mnie znajomi. To niesamowita przygoda i teraz czekam na każdą kolejną rekonstrukcję. Leżeć na plaży? Wykluczone! Tu coś się dzieje, a ilu ludzi poznajemy! – opowiada z emocjami..

Bitwa pancerna

W polskim sztabie urzęduje Samodzielna Grupa Odtworzeniowa Pomorze. – Mamy mapy, łączność, cebulę i wędzoną słoninę – demonstrują rekwizyty. – Tu pan major może się umyć, a tu, w kociołku gotuje się bigos – oprowadza plutonowy Grzegorz Hronowiecki. – Odtwarzamy głównie 2. Batalion Strzelców z Tczewa, który w 1939 r. bronił tczewskich mostów, ale nie tylko. Mamy po kilka mundurów – Wojska Polskiego i Wehrmachtu z początku wojny, ale także polskie z Armii Ludowej i radzieckie. Mamy też cywilów, którzy biorą udział w inscenizacjach. To głównie nasze rodziny i przyjaciele, bo ta pasja jest zaraźliwa – opowiada.

– To nie tylko pikniki i zloty. Kiedy kończą się imprezy plenerowe, spotykamy się we własnym gronie, z rodzinami, przyjaciółmi, sympatykami. Nawet sylwestra robimy w mundurach – dodaje jego kolega z grupy Piotr Kędzierski. Oprowadzają po stanowisku, wykorzystując chwilę przerwy przed wielką bitwą pancerną, czyli inscenizacją kończącą drugi dzień pikniku. Za chwilę widzowie przeżyją nalot i na własne oczy zobaczą starcie T-34 i repliki niemieckiej pantery.

Kruczkowski i Jastrowie

– Interesujemy się historią Złotowszczyzny, Wału Pomorskiego, tzw. Ziem Odzyskanych. Tutaj o Jastrowie czy pobliskie Podgaje toczyły się niesamowicie ciężkie walki, o czym chcemy przypominać. Tworzymy grupy rekonstrukcyjne, zakładamy stowarzyszenia, gramy w filmach oraz przygotowujemy inscenizacje – wyjaśnia Grzegorz Tyluś, scenarzysta i reżyser prezentowanych scenek, członek Miłośników Historii Ziemi Złotowskiej. Nazwa jastrowskiego pikniku także nie jest przypadkowa. – To przypomnienie historii Jastrowia z okresu II wojny światowej oraz popularyzacja dramatu „Pierwszy dzień wolności” autorstwa Leona Kruczkowskiego, który po wyzwoleniu z obozu znalazł się właśnie w tym miasteczku. Na kanwie rozgrywających się tu wydarzeń oparł swój dramat – opowiada Witold Przewoski, komandor pikniku.

– My nie tworzymy iluzji, jaka to wojna była fajna, jak świetnie poganiać sobie z bronią, postrzelać. Wkładając mundury niemieckie, nie propagujemy też faszyzmu. Chodzi o zaproszenie do poznawania historii, także tej lokalnej. Bo jak czegoś się dotknie, coś przeżyje i poczuje, to staje się to interesujące – mówi Bogusław Pańczak ze złotowskiej grupy. Historią wojenną zaraził go dziadek. – Dlatego mam na sobie przedwojenny mundur 10. Pułku Szwoleżerów, a konkretnie chorążego z oddziału artylerii. Nawet oprawki okularów są autentyczne – demonstruje. Wszystko po to, by jak najwierniej opowiadać o historii. – My jeszcze uczyliśmy się w szkole, trochę opowiadali nam dziadkowie. Ale dzisiaj dzieciakom trzeba wszystko wyjaśniać. To nie była zabawa, gra komputerowa, w której wciska się klawisz restart i biegniemy dalej – dodaje rekonstruktor.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie