Wtedy TO się stało

Wiesiek Szlosarczyk wyjechał spośród płomieni dodge’em. Staranował płot i w szoku dotarł pod swój dom 6 km dalej.

Bracia wyciągnęli go, poparzonego, z szoferki, na podwórku ich domu w Bestwinie.

Janek Janeczko przebiegł podobny dystans, siadł pod remizą w Kaniowie i płakał: „Nie ma kolegów, nie ma samochodów, wszystko zginęło!”. Kto jeszcze pamięta największy pożar przemysłowy w historii Polski?

Jasno jak w dzień

Ten pożar wybuchł po południu w sobotę 26 czerwca 1971 r. w rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach na Śląsku Cieszyńskim. Najgorsze nastąpiło w nocy, parę minut po godzinie pierwszej 27 czerwca.

Tamtą noc jak dziś pamięta Michał Kobiela ze wsi Kaniów, 6 km od Czechowic. Miał wtedy 14 lat, stał w oknie i modlił się, żeby tata przeżył to piekło. Zapamiętał chwilę, gdy nagle wokół zrobiło się jasno jak w dzień. I to nie tylko w Kaniowie, ale nawet, według świadków, w odległym o 15 km Bielsku-Białej. – Wymodliłem powrót ojca, ale nie byłem w stanie modlitwą uratować wszystkich – wspomina.

Dla tych, którzy zginęli w chwili tego potwornego rozbłysku, Michał Kobiela zrobił jednak coś innego. Choć jest, jak o sobie mówi, prostym robotnikiem (pracuje fizycznie jako brygadzista w spółce na terenie dawnej rafinerii), dotarł do setek świadków tamtego pożaru. Zdobył też tysiące zdjęć i archiwaliów. I doprowadził do wydania przejmującego albumu „Tym, którzy odeszli... W hołdzie ofiarom pożaru rafinerii nafty w 1971 r.”.

Płonąca rzeka

Zaczęło się od uderzenia pioruna w kominek oddechowy jednego ze zbiorników z ropą w Czechowicach. Piorunochronu tam nie było. Specjaliści uważali wtedy, że piorunochrony mogą być z powodzeniem zastąpione przez same ściany tych metalowych zbiorników. Dopiero po tym pożarze zmieniono przepisy.

Zbiornik nr 251 był wysoki na ponad 18 m i miał 33 m średnicy. Było w nim ponad 8,8 tys. ton ropy. Stanęła ona w ogniu i zaczęła wyciekać na zewnątrz.

Płonącą rzekę chwilowo zatrzymał wał z ziemi, którą był otoczony zbiornik. A strażacy zaczęli zalewać płomienie pianą. Zjawiło się też 160 żołnierzy; udało się ewakuować mieszkańców sąsiedniej ulicy oraz... dziewięć matek z noworodkami z izby porodowej tuż przy zakładzie.

Tymczasem ogień, mimo gaszenia, wciąż szalał. Topiły się opony na kołach wózków, na których były ustawione strażackie działka. Minęła północ, zaczęła się niedziela 27 czerwca. O godzinie 1.00 w akcji było już 18 sekcji zawodowych i 24 ochotnicze straży pożarnej. Wszyscy mieli nadzieję, że za chwilę ten pożar zdławią. I wtedy, o godzinie 1.20, TO się stało.

TO, czyli wyrzut ropy. Okazało się, że przy gaszeniu do wnętrza zbiornika 251 dostało się dużo wody, która jest przecież cięższa od ropy. Niestety, o godzinie 1.20 wzrastające ciśnienie gwałtownie wypchnęło tę wodę ku górze. Wielki, uwolniony pęcherz pary wodnej porwał ze sobą w powietrze także ogromne ilości płonącej ropy.

Słup ognia sięgnął wtedy co najmniej stu metrów. Ognista ciecz pokonywała w powietrzu potężny dystans, spadając nawet ćwierć kilometra dalej! Kilka sekund po tym wyrzucie ropy w płomieniach stanął też sąsiedni zbiornik 254. „Wyrzucona ze zbiorników paląca się ropa łączyła się w strumienie, które płynęły drogami na poszczególne oddziały zakładu” – napisał w albumie Michał Kobiela.

Płot na drodze

W ciągu tych kilku sekund zginęły 33 osoby, a 105 ludzi zostało rannych, w tym 44 bardzo ciężko. Kronika Ochotniczej Straży Pożarnej w Kaniowie, którą cytuje Michał Kobiela, tak próbuje opisać tę sytuację nie do opisania: „Ludzie, na których płonęły ubrania, biegali jak oszaleli. Niektórym uciekającym na przeszkodzie stanął siatkowy płot o ponaddwumetrowej wysokości, ci, którzy mieli mniej sił i szczęścia, zostali na nim, paląc się jak pochodnie”.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie