Safari po polsku

O tym, jak pojechać do Kenii, nie ruszając się z domu, z Joszkiem Brodą i jego żoną Deborą

Marcin Jakimowicz: Joszko, mogę cię dotknąć?

Joszko Broda: Mnie? Dlaczego?

Kiedyś, w czasie gdy radio grało non stop piosenkę Anny Marii Jopek „Kiedy Joszko gra”, szedłem ulicą. Przede mną zasuwały dwie dziewczyny. Ujrzały plakat: „Zapraszamy na koncert: gra Joszko Broda”. „Joszko?” – zdumiały się, to to nie jest postać legendarna?

Jak widać na załączonym obrazku, nie jestem postacią legendarną, tylko człowiekiem z krwi i kości. (śmiech)

Człowieku z krwi i kości, czy mając ośmioro dzieci (dziewiąte w drodze), masz jeszcze chęci, by śpiewać?

Dopiero teraz chce mi się śpiewać. Mam dla kogo!

Nie budzisz się w nocy zlany zimnym potem z myślą: kto utrzyma tę gromadkę?

Nie mam takich nocnych jazd. Bardziej jestem zaniepokojony tym, co widzę dokoła. Tym, co dzieje się w moim kraju, w którym bardzo niebezpiecznie jest mieć tak dużą rodzinę. Chodzi mi o zwykłe bezpieczeństwo socjalne. Debora: Nie mów tak, bo nam dzieci pozabierają. (śmiech) Pytałeś o lęki. Przecież takie same lęki może mieć i ktoś, kto ma jedno dziecko.

Sam wielki Leszek Miller użył sformułowania „patologia rodziny wielodzietnej”…

Mnie nie obchodzi, co mówią politycy. Obchodzi mnie prawo, które stanowią. Jeśli ono de facto definiuje rodzinę wielodzietną jako patologię, to o czym mamy rozmawiać?

Gdybyście mieszkali we Francji, Anglii, państwo dopłacałoby Wam do przedszkola, leków...

Joszko: Ale ja nie chcę, by mi dopłacało. Chcę, by przestało mnie okradać! Na Węgrzech przy trójce dzieci nie płacisz podatków. Nie chcę od rządu pieniędzy. Chcę, by mi ich nie zabierał.

Macie odczucie odgórnej opieki? Tego, że Bóg sam troszczy się o dzieci?

Debora: Jasne. To standard. Wychowałam się w licznej rodzinie. Mam piętnastu braci i dwie siostry. Gdy założyłam rodzinę z Joszkiem, do trzeciego dziecka czułam w domu jakąś pustkę. (śmiech) Czegoś (a raczej kogoś) mi brakowało. Przy trójce jeszcze jakoś wszystko ogarniasz, potem cuda stają się codziennością. Nigdy nie bałam się tego, co będziemy jeść, czy będą pieniądze. Nigdy. Wychowywałam się w o wiele gorszych czasach. Joszko: A ja wychowałem się w środku istebniańskiego lasu. To był mój plac zabaw. I nagle wylądowałem w Jakubowicach-Konińskich, elitarnej miejscówce Lublina.

Wyróżniacie się w tej „miejscówce” w tłumie.

Jest nas paru. (śmiech) Tata, mama, siedmiu chłopców i dziewczyna. Jesteśmy głośni, muzykalni, gramy na instrumentach. I mamy taaaakie wysokie chwasty.

Kosiarka wysiadła?

Nie! Uwielbiamy chwasty, wysokie pokrzywy. Po co to ścinać?

Jednym słowem „pojechaliście” biblijnie: nie wycinacie chwastów, niech rosną z pszenicą…

Wiem, że norma ustalona w okolicy to 1,5 cm źdźbła trawy. Trzeba ją przycinać co tydzień. Ale nie respektuję takich norm.

Nie czujesz się lepszy od małżonków, którzy po długim namyśle decydują się na jedynaka?

Absolutnie nie. Bóg daje każdemu tyle światła, ile chce. Nie chcę osądzać, stawiać się w miejscu Boga. Mam mocne doświadczenie Jego miłości i chcę ją oddawać innym, przyjmując kolejne życie. Ostatnio jeden z dziennikarzy spytał nas: „Co mówicie ludziom, którzy się dziwią, że macie tak dużo dzieci?”. Odpowiedzieliśmy: „Dziwimy się, że mają ich tak mało”.

Nie macie dość tego spoglądania na rodzinę Brodów jak na pingwina na Saharze?

Debora: Zobacz, jeszcze kilkadziesiąt lat temu to pytanie byłoby niezrozumiałe. U naszych babć, dziadków normą były rodziny wielodzietne. To sedno problemu. Gdyby w Polsce normą były rodziny wielodzietne, ludzie nie patrzyliby na nas krzywo, podejrzliwie i nie zadawaliby dziwacznych pytań typu: „Jak to może funkcjonować?”. Wiedzieliby po prostu, że to „działa”. Żyjemy w kraju, w którym obowiązują normy stworzone dla jedynaków. Pierwszy przykład z brzegu? Zebrania w szkole. Wszystkie o tej samej porze. I wyobraź sobie, że masz jedynie trójkę dzieci (śmiech) i musisz wybrać, do kogo pójdziesz na wywiadówkę. Ktoś wymyślił taką normę. Pod jedynaków. A społeczeństwo się dostosowało.

Ile osób zasiada u was do wigilii?

Joszko: Najbliższa rodzina to ponad 40 osób (nie wliczam cioć i wujków). Bywały wigilie na ponad 100 osób. Samo rozdawanie prezentów trwało grubo ponad godzinę. Podobnie łamanie się opłatkiem. W moim rodzinnym domu zajmowało to niecały kwadrans.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie