Człowiek ośmiu błogosławieństw

Redaktor Stefan Wilkanowicz skończył 90 lat. Podtrzymując świat w istnieniu.

Niech nikogo nie zmyli jego wygląd. W niepozornym ciele ukrywa się specjalista od misji pozornie niewykonalnych. Rzeczy niemożliwe załatwia od ręki, na cuda potrzebuje trochę czasu. Napisać preambułę do konstytucji, która pogodzi wierzących i niewierzących? Proszę bardzo, oto ona. Załagodzić konflikt wokół oświęcimskiego Karmelu? Koniecznie! Ale zaraz potem trzeba zorganizować pielgrzymkę do Auschwitz Żydów i Palestyńczyków z Ziemi Świętej. Bo pan Stefan zawsze miał na głowie (i w głowie) problemy całego świata. „Tradycja żydowska mówi o 36 sprawiedliwych, którzy podtrzymują świat w istnieniu. Nie mam wątpliwości, że jednym z nich jest Stefan Wilkanowicz” – napisał Janusz Poniewierski we wstępie do księgi pamiątkowej „Pamięć przyszłości”, wydanej na początek dziewiątej dekady działalności prezesa Fundacji Kultury Chrześcijańskiej „Znak”.

Inżynier z „Ursusa”

Stefan Wilkanowicz swoją edukację rozpoczynał przed wojną w gimnazjum ojców marianów na Bielanach w Warszawie. – Dokładnie w tym samym czasie w tej samej szkole szlak swój rozpoczął inny chłopiec, też pochodzący z inteligenckiej katolickiej rodziny, Wojciech Jaruzelski. To zestawienie może być szokujące, ale chyba znakomicie pokazuje, jak ważna jest gleba, na którą pada ziarno. Jak wiele zależy od charakteru, osobistych właściwości, a przede wszystkim stosunku do wartości i do drugiego człowieka – zauważa prof. Andrzej Zoll. Wielu intelektualistów w czasach komuny wybierało studia techniczne. Tak też zrobił pan Stefan. Skończył Politechnikę Warszawską, a pracę zawodową rozpoczynał jako inżynier w „Ursusie”. To wyjaśnia słynny slogan wymyślony przez Marcina Wichę, a streszczający drogę życiową Wilkanowicza: „Od traktoru do soboru”. Długo tam miejsca jednak nie zagrzał, wraz z kolegą założył warsztat samochodowy, ale socjalistyczne państwo nie potrzebowało dużo czasu, by tę inicjatywę zniszczyć odpowiednim „domiarem”. Inżynier Stefan wrócił więc do pracy na budowie… gmachu Ministerstwa Przemysłu i Handlu. Uformowała Wilkanowicza Sodalicja Mariańska, młodzieżowa organizacja katolicka założona przez ks. Józefa Winkowskiego. Po wojnie został nawet jej warszawskim prezesem. Za działalność w Sodalicji trafił w 1950 r. do więzienia, tyle że w Lublinie, gdzie podjął studia filozoficzne. Przesiedział 8 miesięcy i – jak wspomina – poznał tam… prawdziwych, ideowych komunistów. Jeden z nich prosił nawet Wilkanowicza, gdy wychodził z więzienia, żeby ostrzegł przed aresztowaniem jego brata, wojewódzkiego komendanta MO w Lublinie.

Język miłości

Na wolności wybrał posadę belfra w seminarium marianów. Ale gdy wyrzucano ich z Bielan wyrzucono i Wilkanowicza z uzasadnieniem: „są zakonnicy jawni i tajni”. Coś pewnie było na rzeczy, bo pan Stefan uczył potem w różnych miastach, ale zawsze w liceach zakonnych. Do „Znaku” trafił w 1957 r. i zaczął od wyjazdu na międzynarodowy kongres do Salwadoru. Ta podróż zmieniła jego życie, i zawodowe, i prywatne. To pierwsze, bo otworzyła mu się inna perspektywa, zaczął myśleć globalnie o problemach społecznych. Drugie, bo poznał tam młodą wietnamską intelektualistkę Teresę Tran Thi Lai. Jej matka była krewną cesarzowej, ojciec mandarynem, a przodkami męczennicy za wiarę. Pokochali się i pobrali, pokonując tysiące przeciwieństw. Jako redaktor miał swój firmowy „znak” – były to słynne ankiety dotyczące kluczowych spraw: modlitwy, miłości, wiary, nietolerancji. Kiedyś jedną z ankiet zaadresował do młodzieży, pytając: „Dlaczego Auschwitz?

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie