Sztafeta dobrych uczynków

Ktoś pomógł tobie – pomóż innym. Nie ma lepszej formy dziękczynienia za uratowane życie i odzyskane zdrowie.

Krzyś Graczyk dziesięć lat temu był prawdziwym pasjonatem sportu. Biegał, jeździł na nartach i rowerze. Szybko okazało się, że przerasta rówieśników (rocznik 1989) nadzwyczajną wytrzymałością fizyczną. Dlatego najczęściej trenował z tatą. Roman Graczyk, znany dziennikarz i publicysta, autor m.in. głośnej książki „Cena przetrwania? SB wobec »Tygodnika Powszechnego«”, to twardy zawodnik, maratończyk, więc „dawał radę”. Latem na rowerze wspólnie zaliczali nawet 150 km dziennie.

Nie dali mu umrzeć

Wszystko zmieniło się 31 grudnia 2004 r., kiedy ojciec i syn wystartowali razem w Sylwestrowym Biegu Radości, organizowanym przez Krakowski Klub Biegacza Dystans. Krzysiek był jak zwykle szybszy. – Na metę przybiegłem 10 minut po nim. Miał już wtedy wszystkie główne objawy rozległego zawału lewej półkuli mózgu: prawostronny paraliż i afazję. Został przewieziony do szpitala dziecięcego w Prokocimiu, gdzie po tygodniu nastąpił kolejny kryzys – wspomina Roman. Lekarze nie mieli pomysłu, co robić dalej. Mówili: dajcie synowi spokojnie umrzeć. Rodzice i przyjaciele Graczyków nie dali. Dotarli do prof. Tomasza Trojanowskiego, wybitnego neurochirurga z Akademii Medycznej w Lublinie. Ten obejrzał zdjęcia Krzysia i telefonicznie zaczął przekonywać krakowskich lekarzy, żeby wwieźli syna na salę operacyjną i metodą stosowaną od starożytności wycięli kawałek czaszki, by zmniejszyć ciśnienie w mózgu. Lekarze odmawiali, profesor opowiadał cierpliwie, że operował podobny przypadek w Norwegii. Użył całego swojego autorytetu krajowego konsultanta ds. neurochirurgii. Przekonał. Operacja się udała, pacjent przeżył. Reszta była w rękach rehabilitantów i ludzi dobrej woli.

W godzinie próby

Na początku wszystko wskazywało na to, że Krzyś do końca życia będzie przykuty do łóżka i wózka, ale w maju 2005 r. wyszedł ze szpitala o własnych siłach. – Niewiele rozumiał, niewiele mówił, w ogóle nie poruszał prawymi kończynami, ale żył. Od razu przystąpiliśmy do niebywale intensywnej rehabilitacji u znakomitych specjalistów w Krakowie, Warszawie oraz tych z zagranicy leczących w Polsce – opowiada Roman. Ponieważ koszty zabiegów były spore, a sił i pieniędzy zaczęło brakować, rodzice zaapelowali o pomoc dla syna. Odzew przeszedł ich oczekiwania. – Rodzina, przyjaciele, znajomi, czasem nieznajomi otoczyli nas solidarnym kręgiem. Oferowali pomoc w różnych formach: od modlitwy, przez gotowanie obiadów, aż po pieniądze (czasem anonimowo). W tej godzinie próby było widać wyraźniej niż zwykle, kto co jest wart. Zdarzało się nam doświadczyć obojętności, strachu i cynizmu, ale znacznie bardziej – ciepła i przyjaźni – wspomina tata Krzysia. Sam, niezależnie od profesjonalnej opieki, był i wciąż jest głównym trenerem oraz rehabilitantem, który wymyśla, co jeszcze można zrobić, by wspomóc powrót do zdrowia syna.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie