Polska flaga na Marsie

Maciej Malik ma 21 lat, a jak „mądry starzec z gór”, mówi, że trzeba uczyć młodych patriotyzmu, historii, odpowiedzialnego myślenia. I sam to robi.

Przedstawia się: katolik, Polak. – A jak się jest Polakiem, nie da się nie być patriotą – podkreśla. Kocha Polskę od dzieciństwa. – Patriotyzm to troska o dobro wspólne, jakim jest ojczyzna – wyjaśnia. Już w gimnazjum razem z bratem Bartkiem, bliźniakiem dwujajowym, starszym o całe dwie minuty, godzinami rozmawiali o odpowiedzialności za to, co się dzieje w kraju. Dwaj chłopcy siedzieli we wspólnym pokoju z wielkim obrazem Jezusa Miłosiernego zawieszonym przez rodziców na ścianie. Teraz w gliwickim biurze Klubu Jagiellońskiego, do którego wstąpił jako 18-latek, Maciek ma przed oczyma fotografię Karola Wojtyły z 1939 r. – To mój mistrz – mówi. Kiedy w liceum brał udział w olimpiadzie teologii katolickiej, rozczytywał się w jego encyklikach. – Papież mógłby być patronem wszystkich starających się dobro wspólne – dodaje.

Już w szkole średniej razem z bratem doszli do wniosku, że aby zmienić stereotyp młodego, niezaangażowanego, któremu na niczym nie zależy, trzeba zacząć od siebie. Dlatego zaczął działać w samorządzie szkolnym, a jako 17-latek w Młodzieżowej Radzie miasta Gliwice. – Urządzaliśmy sejmiki, debaty dla gimnazjalistów, żeby się nie kisili we własnym sosie – wspomina. W liceum z uczniami różnych szkół stworzyli „Koalicję na rzecz rozwoju”. – Już wtedy chciałem odczarować myślenie o polityce wśród rówieśników – mówi. – Polityka nie jest niczym złym, kiedy jest rozumną troską o dobro wspólne. Myślenie o niej wyłącznie jako o czymś niebezpiecznym, degenerującym człowieka powoduje, że trafiają do niej niewłaściwi ludzie, którzy wykorzystują niezagospodarowane przez mądrzejszych miejsce.
 

Znak krzyża przed posiłkiem

W Świętochłowicach tylko się urodził. Ze szpitala rodzice zabrali go do rodzinnych Sośnicowic. To maleńkie miasto liczące 1500 mieszkańców. – Miałem szczęście, że od kościoła dzieliło mnie tylko 20 metrów. Zawsze się zastanawiałem, kto ma bliżej – ksiądz proboszcz czy ja – opowiada.

Ta obecność kościoła miała swoje znaczenie. Najpierw został lektorem. Z czasem uznał, że dobrze też służyć do Mszy św. – Żałuję, że wcześniej nie zostałem ministrantem – mówi. – To wynikało z mojego myślenia, że to obowiązek, a do Kościoła nie powinno się chodzić z obowiązku, tylko z miłości do Boga.

Ministrantem został na pierwszym roku międzywydziałowych indywidualnych studiów humanistycznych na Uniwersytecie Śląskim, w ramach których studiuje prawo i filozofię. – Wtedy zrozumiałem, jak w wyrażaniu miłości do Boga ważny jest aspekt służby – tłumaczy. – Ale do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć. O swojej parafii św. Jakuba, do której dojeżdżają wierni z okolicy, mówi, że tworzą ją ludzie bardzo wierzący. – U nas jest charakterystyczne, że bardzo dużo osób przyjmuje Komunię św. – opowiada. – Ludzie przystępują do niej kolejno, całymi ławkami. Ten, kto nie idzie, rzuca się w oczy, ale takich jest niewielu.

Tata Zdzisław jest geologiem, mama Danuta uczy polskiego. Od dzieciństwa zachęcali synów, żeby poza niedzielą co najmniej raz w tygodniu chodzili na Mszę św. – Mnie i bratu pozostał ten zwyczaj, że warto się pojawiać częściej w kościele – uśmiecha się. – Nigdy nie lubiłem liczyć swoich dodatkowych udziałów we Mszy. Każdy jest ważny – podkreśla. Uważa, że istotne jest dawanie codziennego świadectwa – przez znak krzyża przed posiłkiem albo kiedy mija się kościół. – Jeśli ktoś tego nie robi na co dzień, to może go to trochę krępować. Ale jeśli pamięta o Panu Bogu, powinien być przygotowany, że świadectwo wiary wiąże się z kpiącym spojrzeniem, a wtedy łatwiej to znieść. Takie zachowanie nie powinno być niczym szczególnym, bo trzeba oddziaływać na środowisko.

Kilka razy, kiedy szedł na spotkanie z kolegami do pubu, spotkał uczniów z Akademii Nowoczesnego Patriotyzmu, którzy się z nim witali. – W ramach moich projektów prowadzę zajęcia w szkołach średnich – wyjaśnia. – Pomyślałem, że jestem rozpoznawalny i nie powinienem przesadzić z piwem. Ale zaraz potem doszedłem do wniosku, że zawsze trzeba się starać zachowywać przyzwoicie, a nie myśleć, że możemy sobie na coś pozwolić, bo jesteśmy anonimowi. – Co to znaczy być chrześcijaninem? – głośno myśli. – Dobrze pracować i uczyć się. Jak ktoś lekceważy swoje obowiązki, to tak jak z grzechem – szkodzi sobie i innym. Wiara jest potrzebna, żeby w zaangażowaniu społecznym odnaleźć się ze swoimi ideałami. I powinna przekładać się na życie. Na przykład lekarz katolik nie będzie brać łapówek – podkreśla.
 

Polak zamiast Irlandczyka

Brat Macieja – Bartek studiuje fizykę w ramach międzywydziałowych indywidualnych studiów matematycznych na Uniwersytecie Warszawskim, ale od zawsze miał duszę humanisty. Odróżniają ich po wzroście, długości włosów czy kolorze oprawek okularów, ale wiedzą, że bracia rzadko różnią się poglądami. Od najmłodszych lat interesowali się historią, przepadali za „Trylogią” Sienkiewicza. – Ta pasja poznawania przeszłości wzięła się z opowieści rodzinnych – opowiada. – Moi dziadkowie pochodzą z Kresów. Babcia opowiadała mi o losach przesiedlonej rodziny.

W liceum wspólnie z bratem trafili na spotkanie Klubu Jagiellońskiego. – Brat uświadomił mi, że gdybyśmy urodzili się wcześniej, sami stworzylibyśmy taką organizację – stwierdza. – Jej członkowie chcą się troszczyć o przyszłość Polski opierając się na doświadczeniach historycznych. W 1989 r. założyli ją młodzi pracownicy naukowi i studenci Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy zastanawiali się wtedy, jaka ma być odradzająca się Polska.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie