In vitro bez granic

Jakiś czas temu do konsultacji społecznych trafił projekt Ustawy o leczeniu niepłodności. Jej tytuł jest mylący, bo ustawa legalizuje po prostu istniejący biznes in vitro.

O potrzebie uregulowania procedury in vitro mówi się w Polsce od ponad dziesięciu lat. Brak przepisów dotyczących tej kwestii powoduje, że mamy tu do czynienia z wolnoamerykanką, w której poczęte już życie ludzkie nie podlega żadnej ochronie. Nie wiemy, ile tworzy się zarodków, ile z nich ulega zniszczeniu albo wywiezieniu za granicę, ba, państwo polskie nie posiada nawet pełnych danych na temat liczby ośrodków zajmujących się w naszym kraju zapłodnieniem pozaustrojowym. Dlatego stworzenie ustawy regulującej problem in vitro faktycznie jest koniecznością. Pytanie tylko, w jakim kierunku zmierzają te regulacje.

Kuchennymi drzwiami
W parlamencie poprzedniej kadencji posłowie ostro spierali się o sposób rozwiązania tego problemu. Do Sejmu trafiło wówczas aż sześć projektów ustaw. Jeden z nich, złożony przez Komitet Contra in Vitro, całkowicie zakazywał stosowania tej niezgodnej z nauczaniem Kościoła procedury. Z kolei posłowie Bolesław Piecha i Jarosław Gowin proponowali rozwiązania kompromisowe. Pierwszy z nich chciał zakazu in vitro, ale z jednym wyjątkiem: przewidywał możliwość adopcji już istniejących zarodków. Drugi opowiadał się za dostępnością zapłodnienia pozaustrojowego, ale bez możliwości mrożenia zarodków. Był też projekt Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, wprowadzający do procedury in vitro tylko pewne ograniczenia, m.in. zakaz niszczenia zarodków i eksperymentów na nich. Wreszcie dwa projekty – społeczny i lewicowy – zezwalały w tej dziedzinie praktycznie na wszystko. Żadna z propozycji nie zyskała jednak wówczas wymaganej liczby głosów.

Obecny minister zdrowia Bartosz Arłukowicz zaczął od wprowadzania in vitro kuchennymi drzwiami. Od roku działa w Polsce program rządowy wspierający zapłodnienie pozaustrojowe. W tym czasie przeznaczono na jego realizację 72,4 mln zł, pochodzących oczywiście z kieszeni podatników. Na swojej stronie internetowej ministerstwo chwali się „osiągnięciami” w tej dziedzinie: 8685 zarejestrowanych par, 2559 ciąż i 214 urodzonych dzieci. Są to jednak dane zawieszone w próżni, bo nie wiemy, ile ciąż jeszcze trwa, a ile małych osób poddano aborcji ze względu na „ciężkie i nieodwracalne uszkodzenie płodu”. Ile istnień ludzkich pozostaje zamrożonych w ciekłym azocie, a ile umarło w łonie matki? Na ten temat ministerstwo milczy. Rzekome sukcesy mają jednak posłużyć do realizacji kolejnego celu.

Bez ograniczeń
Do konsultacji społecznych projekt Ustawy o leczeniu niepłodności przygotowany przez Ministerstwo Zdrowia trafił w połowie wakacji. Przy czym słowo „społeczne” należałoby tutaj wziąć w ogromny cudzysłów, bo grupa „konsultantów” została dobrana według bardzo dziwnego klucza. Nie znajdziemy wśród nich żadnej z organizacji pozarządowych broniących życia, jest za to aborcyjna Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, są lobbyści in vitro, tacy jak Stowarzyszenie Nasz Bocian czy Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu, są także – co brzmi już zupełnie abstrakcyjnie – Business Center Club i Konfederacja Lewiatan.

Sam tytuł projektu wprowadza czytelnika w błąd, bo ustawa wcale nie mówi o leczeniu niepłodności, ale o metodzie zastępowania naturalnej płodności, jaką jest właśnie in vitro. Projekt zbliża się miejscami do tego, co w Sejmie poprzedniej kadencji proponowała Małgorzata Kidawa-Błońska. Zabrania więc eksperymentów na zarodkach, ich niszczenia, klonowania czy sprzedaży. Jednak u Kidawy-Błońskiej dostęp do procedury in vitro był ograniczony do tych par, które przez co najmniej rok bez skutku próbowały wyleczyć się z niepłodności. Tu nie ma takich ograniczeń, a wolno właściwie wszystko. Znamienny jest fakt, że tekst w ogóle nie podejmuje np. takiego zagadnienia jak dopuszczalna liczba tworzonych i wszczepianych zarodków. W praktyce oznacza to, że ośrodki in vitro będą mogły życie ludzkie mrozić do woli. Zaś wszczepianie większej ilości zarodków może z kolei skutkować tzw. aborcją redukcyjną (czyli zabiciem jednych dzieci, by przeżyły inne) w przypadku, gdy dojdzie do ciąży mnogiej. Tego również ustawa nie reguluje.

Olbrzymie wątpliwości budzi artykuł 19 ustawy, który zabrania wprawdzie genetycznej diagnostyki preimplantacyjnej w celu wyboru płci dziecka, ale pozostawia furtkę w postaci wyjątku, „gdy wybór taki pozwala uniknąć ciężkiej, nieuleczalnej choroby dziedzicznej”. Stwarza to pole do działań eugenicznych jeszcze przed wszczepieniem zarodka.

Testowanie przydatności
Nie bardzo też wiadomo, co oznacza zawarty w tekście projektu fragment o „testowaniu” w celu „określenia przydatności komórek rozrodczych lub zarodków do stosowania w procedurze medycznego wspomagania rozrodu”. Można się jednak domyślać, że poczęte dzieci np. z zespołem Downa, Edwardsa czy Pataua po prostu nie będą wszczepiane, tym bardziej że ustawa nie zawiera żadnych formalnych ograniczeń takiej selekcji.

Za skandal należy uznać artykuł 23.1, dopuszczający dawstwo zarodków na rzecz anonimowej biorczyni, co może prowadzić do późniejszych przypadków kazirodztwa między osobami poczętymi w wyniku in vitro. Podobnie jak pomysł, by pobierać komórki rozrodcze w celu „zabezpieczenia płodzenia na przyszłość” (art. 22.3). Zaś już całkowitym absurdem jest zapis zawarty w art. 22.4: „Jeżeli kandydat na dawcę (…) jest niezdolny do świadomego wyrażenia zgody, wymagane jest zezwolenie sądu opiekuńczego”. Czyżby twórcy ustawy chcieli w ten sposób zalegalizować gwałt? Jak można było w ogóle coś takiego wymyślić?

Nie sposób wymienić tu wszystkich wad rządowego projektu. Do ich katalogu można by jeszcze dorzucić fakt, że ustawa utrudnia dostęp do informacji dziecka o swoim pochodzeniu. Jeśli dawstwo miało charakter inny niż partnerski, dziecko nie może poznać nawet tożsamości biologicznego ojca lub matki. Co najwyżej otrzyma informację na temat daty i miejsca jego urodzenia, i to też dopiero po osiągnięciu pełnoletności.

W bezdusznych ministerialnych przepisach brak więc jakiejkolwiek troski o poczęte tą metodą osoby. Ale taka troska widać nie jest potrzebna, gdy w grę wchodzi potężny biznes (...).

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| MEDYCYNA, POLSKA

  • Fryderyk
    07.08.2014 12:50
    Nie potrafię wyprzeć z mojej świadomości porównania zapładnianej w technologii in vitro kobiety do inseminowanej krowy. Wybaczcie, na prawdę nie potrafię.
  • Dorota
    10.08.2014 11:15
    najlepsze, ze często kobiety mające problem
    z płodnością przez lata brały tabletki antykoncepcyjne w sposób niekontrolowany, dobijając swój system rozrodczy. Dlaczego Państwo, czyli każdy z nas ma płacić za te skrajna nieodpowiedzialność niektórych lekarzy i kobiet.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie