Rozwód oddalony

Szkocja pozostaje w Zjednoczonym Królestwie. Ale Zjednoczone Królestwo nie pozostanie już takie samo.

Z pozoru dla mediów byłoby łatwiej, gdyby referendum w Szkocji wygrali zwolennicy odłączenia się od Wielkiej Brytanii. „Byłoby przynajmniej o czym pisać”, można było usłyszeć w dziennikarskiej kuchni. Tymczasem fakt, że Szkocja nie zrywa jednak unii z Anglią, Walią i Irlandią Północną, nie oznacza, że wszystko zostaje po staremu. Przeciwnie, samo referendum szkockie już dzisiaj ma ważne konsekwencje nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale i dla całej Europy. Media mogą zatem być spokojne: jest i będzie o czym pisać.

Nie całkiem przegrani

Tak emocjonującej i długiej kampanii Europa jeszcze chyba nie widziała. Od ponad 2 lat temperatura sporu o przyszłość Szkocji i całego Zjednoczonego Królestwa rosła i angażowała coraz szersze kręgi społeczne w takim stopniu, w jakim nie byłoby to możliwe nawet w najbardziej decydujących wyborach parlamentarnych. Nic dziwnego: po raz pierwszy od ponad 300 lat perspektywa uzyskania pełnej suwerenności przez Szkocję była całkiem prawdopodobna.

Choć zwolennicy secesji, pod wodzą Alexa Salmonda, lidera Szkockiej Partii Narodowej i premiera autonomicznego rządu, startowali z 25–30-procentowym poparciem dla swojej idei, w ostatnich dniach przed głosowaniem nikt nie mógł być pewny wyniku: szanse secesjonistów i unionistów były niemal wyrównane. Ostatecznie zwolennicy pozostania w jedności z Londynem zdobyli ponad 55 proc., a obóz „niepodległościowy” ponad 44 proc. głosów. Przy bardzo dużej frekwencji – w głosowaniu wzięło udział 86 proc. uprawnionych.

Z jednej strony taki wynik secesjonistów, choć oznacza przegraną, na pewno nie jest totalną porażką. To mimo wszystko ogromny kapitał na przyszłość. Nie bez powodu Alex Salmond, uznając wynik głosowania, zaznaczył, że „tym razem” Szkoci nie wybrali niepodległości. „Tym razem” znaczy: nie składamy broni. Tym bardziej że on sam wie, że nawet głosujący przeciwko niepodległości niekoniecznie robili to z miłości do Londynu. Niepodległość wydawała im się jednak zbyt dużym ryzykiem, na które nie chcą się narażać. Z drugiej jednak strony prawie 45 proc. głosów za niepodległością to nie jest też grupa obywateli, która „od wieków” chciała zerwania z Anglią. Zwolenników secesji przybywało w ciągu dwóch ostatnich lat zaciętej kampanii, a wśród głosujących na „tak” byli przecież i ci, którzy do samego końca wahali się, czuli wewnętrzne rozdarcie. Rozumieli argumenty i jednej, i drugiej strony. I choć pewnie są rozczarowani wynikiem głosowania, to prawdopodobnie nie tak, jak miałoby to miejsce w społeczeństwie, które od wieków nie żyje niczym innym, jak tylko marzeniem o niepodległości.

Obie strony medalu prowadzą do jednego wniosku: nie dojdzie wprawdzie do masowych demonstracji „obrażonych na demokrację” secesjonistów, ale też ich postulat pełnej suwerenności nie umiera wraz z negatywnym wynikiem referendum. David Cameron, komentując z nieskrywaną ulgą wyniki głosowania, zaznaczył, że sprawa jest rozstrzygnięta przynajmniej na jedno pokolenie. Nie na zawsze, ale na jedno pokolenie. Szkocka Partia Narodowa zrobi na pewno wszystko, by kolejna próba zerwania z Anglią nie odbyła się później, niż określił to brytyjski premier.

Więcej autonomii

Referendum w Szkocji nie jest całkowitą porażką secesjonistów także z innego powodu. Jeszcze przed głosowaniem Cameron obiecał Szkotom, że jeśli zagłosują za pozostaniem w Zjednoczonym Królestwie, uzyskają jeszcze więcej autonomii niż dotąd. Warto przypomnieć, że choć dopiero od 1997 roku Edynburg (stolica Szkocji) ma swój parlament, rząd i wiele kompetencji w polityce wewnętrznej, to i wcześniej unia z Anglią nie była dla Szkocji zbyt uciążliwa. Norman Davies w swoim monumentalnym dziele „Wyspy”, mówiąc o zjednoczeniu obu krajów w 1707 roku, pisze, że Szkoci „byli narodem biednym, ale niepokonanym, i wymusili na Anglii o wiele więcej ustępstw, niż wcześniej przyznano Walijczykom, a później Irlandczykom”. Historia powtarza się i tym razem: Szkoci doprowadzili do tego, że Londyn obiecał im jeszcze więcej uprawnień w zakresie polityki podatkowej i socjalnej. Ba, z zapowiedzi Camerona wynika, że śmietankę będą spijać także pozostałe części Zjednoczonego Królestwa, bo podobne szerokie uprawnienia mają być przyznane także Walii, Irlandii Północnej i samej Anglii. W konsekwencji może to oznaczać powstanie trzech kolejnych autonomicznych parlamentów i rządów. Oczywiście zakres tej autonomii będzie rozstrzygany w czasie gorących i z pewnością ostrych negocjacji, ale to znowu Szkoci doprowadzili do tego, że w ogóle taki temat został oficjalnie podjęty przez brytyjskiego premiera.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie