Pomóżmy im przetrwać

O tym, jak skutecznie pomagać ofiarom wojen i klęsk żywiołowych, z Janiną Ochojską, szefową PAH rozmawia Piotr Legutko.

Piotr Legutko: Dokąd dociera dziś pomoc Polskiej Akcji Humanitarnej?

Janina Ochojska: Do Syrii, Sudanu, Somalii, na Filipiny i Ukrainę. Pomagamy też po powodziach mieszkańcom Bałkanów.

Jak udaje się pomagać w Syrii, gdzie wszyscy walczą ze wszystkimi?

Nie wszyscy walczą. Pracownik humanitarny praktycznie nie ma do czynienia z tymi, którzy strzelają. Zajmuje się kobietami, dziećmi, starszymi ludźmi, którzy mieszkają w prowizorycznych warunkach, bo ich domy zostały zniszczone. Oni nie walczą, tylko po prostu próbują przetrwać. Tak jest wszędzie w rejonach wojen. Oczywiście w Syrii sytuacja jest szczególna, ale dla nas to nie ma znaczenia, bo my pomagamy ludności cywilnej. Problemem jest oczywiście zapewnienie bezpieczeństwa, nie tylko koordynatorom z Polski, ale i naszym miejscowym współpracownikom. Zawsze istnieje ryzyko bycia porwanym czy stania się ofiarą zamachu; aby je zminimalizować, bezcenna jest pomoc właśnie mieszkańców danego terenu. Nie byłam w Syrii, bo sama stwarzałabym niebezpieczeństwo dla innych, nie mogę bowiem szybko uciekać. Ale byłam w Czeczenii, gdzie zagrożenie było nie mniejsze. I tam nasz los zależał w dużej mierze od tych, którzy doskonale wiedzieli, kiedy i skąd może przyjść niebezpieczeństwo.

A na czym konkretnie polega pomoc mieszkańcom Filipin po przejściu tajfunu Haiyan? Na budowaniu im domów?

Filipińczycy doskonale wiedzą, jak budować domy. Nasza rola polega na kupieniu materiałów budowlanych, narzędzi, wyborze rodzin, które tego potrzebują w pierwszej kolejności. Angażowanie ludności lokalnej to podstawa, decydująca o efektywności i skuteczności pomocy. Sprowadzenie specjalistów z Polski jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto, bo skąd oni mają wiedzieć, jak budować domy na Filipinach czy kopać studnie w Sudanie? Inna jest tam specyfika terenu, inny klimat, zwyczaje. Z Polski przywozimy koordynatorów pomocy, specjaliści od wierceń są w Sudanie lub w sąsiednich krajach. Trzeba dowieźć generatory prądu, paliwo w beczkach, bo nie ma stacji benzynowych przy drodze, nie ma też i dróg, wodę do chłodzenia wierteł dowozi się w specjalnych poduszkach. Cała logistyka opiera się na wiedzy o specyfice lokalnej.

A propos wyrzucania pieniędzy pomocowych. Dużo się ich marnuje? Gdzie szukać tego przyczyny?

Zwykle zaczyna się od źle rozpoznanych potrzeb. Jedna z polskich organizacji wybudowała w Sudanie piękną szkołę, wyposażoną w panele, meble i komputery. Tyle że na terenach, gdzie nie ma prądu. Ta szkoła już nie działa, wszystko zostało rozkradzione. I wcale nie uważam, że to wina Sudańczyków. Ludzie, którzy w ogóle nie mieli styczności z elektrycznością, powinni po prostu dostać nauczyciela wyposażonego w rower, a nie elektroniczne gadżety. Ich potrzeby są na poziomie nauki czytania i pisania. Mam też inny, świeży przykład nieznajomości realiów i złego rozpoznania potrzeb. MSZ ogłosił właśnie konkurs na pomoc Ukrainie w przetrwaniu zimy, ale wykluczył z niego regiony ługański i doniecki, czyli miejsca, gdzie najbardziej pomocy potrzeba. Mam wrażenie, że bardziej chodzi o pokazanie: proszę, przeznaczamy 500 tys. dla Ukrainy, niż o faktyczne wsparcie. Nie przeczę, że pomoc trafi do konkretnych ludzi i pewnie im też się przyda, ale to właśnie nazywam marnowaniem środków. Bo pomoc humanitarna potrzebna jest w pierwszej kolejności osobom, których życie jest zagrożone na skutek wojny lub klęsk żywiołowych.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie