Mikołaj kocha Francję

On już został dwa razy prezydentem, mnie się to jeszcze nie zdarzyło – mówił przed laty Nicolas Sarkozy, zapytany, czym różni się od George’a W. Busha. Ta trauma widocznie ciągle męczy byłego prezydenta Francji: właśnie ogłosił, że wraca do gry.

Po długiej refleksji postanowiłem zaoferować Francuzom nowy wybór polityczny – oświadczył niedawno były prezydent. To „były” najwidoczniej mocno go uwiera. Bo choć po przegranych wyborach w 2012 r. deklarował, że definitywnie wycofał się z polityki, teraz zmienił zdanie.

Urodzony, by rządzić?

„Zbyt kocham Francję, jest we mnie zbyt wiele pasji dla debaty publicznej i przyszłości moich rodaków, by pozostać poza areną polityczną” – napisał na swym profilu na jednym z portali społecznościowych. I pomyśleć, że jeszcze w dzieciństwie przyszły prezydent Francji nie sprawiał wrażenia kogoś, kto będzie miał w sobie tyle determinacji, by mimo dotkliwej porażki wyborczej, ciągnących się spraw w prokuraturze i... braku entuzjazmu Francuzów dla jego powrotu, spróbować jeszcze raz. Jego dawna wychowawczyni z przedszkola pisała o nim we wspomnieniach: „Mikołajek nie był przywódcą, bał się innych, unikał bijatyk i awantur”. Jak widać, Mikołajek dawno już wyrósł z dziecięcych blokad. Najpierw będzie musiał zresztą postarać się o ponowne przywództwo w swojej rodzimej partii: Unii na rzecz Ruchu Ludowego (UMP), w czym ma nietuzinkowych konkurentów: Alaina Juppe, byłego ministra spraw zagranicznych, i byłego premiera François Fillona. Bardzo możliwe, że Sarko (jak mówią o nim Francuzi) pokona rywali. Przy spadającej coraz bardziej popularności socjalistów i ich prezydenta François Hollande’a powrót Sarkozy’ego to prawdopodobnie jedyna realna alternatywa dla rosnącego w siłę Frontu Narodowego Marine Le Pen. Mimo wszystkich zastrzeżeń jego ewentualny powrót do Pałacu Elizejskiego byłby w dzisiejszej sytuacji dobrą wiadomością także dla Polski.

Mikołajek zostaje szeryfem

To, że Mikołajek przestał być grzecznym chłopcem, było jasne już w czasie, gdy został ministrem spraw wewnętrznych. To stanowisko przyniosło mu ogromną popularność. Wcześniejsze lata, spędzone m.in. w merostwie, były stopniowym, ale konsekwentnym budowaniem swojej przyszłej pozycji. Przede wszystkim zaś były dla trochę zakompleksionego syna węgierskiego imigranta sposobem na wybicie się ze społecznego marginesu, jak nazywała takich jak on podparyska śmietanka. Dlatego też wygranie wyborów prezydenckich w 2007 roku było nie tylko spełnieniem politycznych ambicji. Sarko chciał udowodnić sobie i światu, że nie społeczne pochodzenie, tylko ciężka praca decyduje o sukcesie w życiu. Każdą kolejną funkcję, którą obejmował, sprawował w sposób bardzo energiczny i spektakularny, od początku świadomie budując wizerunek wodza i męża stanu. W wieku zaledwie 28 lat został merem Neuilly, bogatego przedmieścia Paryża, gdzie zapamiętano go nie jako urzędnika znającego problemy mieszkańców tylko zza biurka i stosu dokumentów.

Gospodarz z prawdziwego zdarzenia, mówiło to snobistyczne towarzystwo o młodym polityku znikąd (bez nazwiska, majątku i pleców). Gdy później niektórzy nazywali go z ironią kowbojem lub szeryfem, nie zawsze zdawali sobie sprawę, że sporo w tym prawdy. To Sarkozy jako mer musiał negocjować z terrorystą, który opanował przedszkole i zażądał okupu, biorąc jako zakładników kilkadziesięcioro dzieci. Udało się uratować wszystkie. Jako minister spraw wewnętrznych zasłynął restrykcyjną polityką imigracyjną – co jako synowi imigranta najbardziej zarzucała mu lewica – i stanowczą walką z przestępczością. W trakcie pamiętnych walk policji z grupami młodzieży na przedmieściach Paryża w 2005 roku nazwał uczestników zamieszek „hołotą”. Wojna wypowiedziana imigrantom okupującym obrzeża stolicy sprawiła, że poczuł się jeszcze pewniej. „Kto jest przeciw mnie, jest przeciwko opinii publicznej”, mówił nie bez racji w 2006 r.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Anna
    09.11.2014 12:19
    Panie Redaktorze!
    A czy Pan się cieszy jak o Panu mówią "Jacek placek"? Dezawuowanie Sarkozy'ego i naśmiewanie się z jego imienia na różne sposoby, to naprawdę dziennikarstwo niewysokiego lotu. Ale widać Pan stosuje się do rad troskliwych dam polecających pilotom, by "latali nisko i powoli" to na pewno nic im się nie stanie.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie