Fotoreporter jak kierowca

O pocałunkach, zimnych oczach i domach bez domofonów z Chrisem Niedenthalem rozmawia Barbara Gruszka-Zych.

Barbara Gruszka-Zych: Kto Panu ustawia te świetne kadry?

Chris Niedenthal: To już chyba musi być ktoś wyżej. (śmiech) Fotograf powinien mieć oko nastawione na to, żeby widzieć rzeczy, które w pierwszym momencie nie każdy potrafi zobaczyć.

Trzeba stale nosić ze sobą aparat…

Jak się jest fotoreporterem, to zazwyczaj się go ma. Przez większość życia chodziłem z aparatem.

Fotoreporterzy chorują na kręgosłup. Pan też dorobił się takiej dolegliwości?

Niestety tak. Noszenie ciężkiej torby na jednym ramieniu przez kilkadziesiąt lat nie wpływa dobrze na zdrowie kręgosłupa.

To cena tego zawodu. Do tego dochodzi psychiczne oddanie się tej robocie na wyłączność.

Rzeczywiście, trzeba być w stałej gotowości. Ale żeby być dobrym fotografem, trzeba swoją pracę kochać, a nie tylko lubić. Lubienie to za mało, potrzebna jest miłość, i to często od pierwszego wejrzenia.

Ile Pan musiał za to zapłacić?

Praca fotoreportera utrudnia życie rodzinne. Gdybym robił zdjęcia w studiu, byłbym w domu codziennie. Jako fotoreporter większość zdjęć robiłem poza swoim domem, swoim miastem, a często też poza swoim krajem.

Jak znosiła to Pana żona?

Chapeau bas dla mojej żony Karoliny, że ze mną wytrzymała przez 38 lat. Wzięliśmy ślub trzy lata po tym, jak przyjechałem do Polski z Londynu. Byłem świeżym, niedoświadczonym fotografem i starałem się intensywnie pracować. Lata 70., 80. spędzałem na wyjazdach. Dla mojego syna też nie była łatwa stała nieobecność ojca.

Zrobił Pan genialne zdjęcie całujących się Danuty i Lecha Wałęsów. Scena jak z „Love story”. Widać na nim, jak oni musieli się kochać.

Mówi się, że fotograf pamięta wszystkie zdjęcia, a ja tej klatki akurat nie pamiętałem. Pewnie dlatego, że w tamtych czasach nigdy nie oglądałem swoich zdjęć. Po zrobieniu wysyłałem je niewywołane do Nowego Jorku, do „Newsweeka”. Tam je wywoływali, bo wtedy mieli stuprocentową pewność, że były zrobione specjalnie dla nich. Trafiłem na tę fotografię dopiero niedawno, kiedy przygotowywałem wystawę „Solidarność jest kobietą”. To zdjęcie zrobiłem już po strajku. „Solidarność” dostała nową siedzibę w Gdańsku-Wrzeszczu. Umówiłem się z Lechem, że zjemy sobie wspólnie śniadanie, a potem pojedziemy do jego nowej pracy. No i stałem się świadkiem sceny, kiedy Lech całuje swoją żonę na „do widzenia”. Całuje Pan żonę, wychodząc do pracy? No, czasami tak…(śmiech) To nie było tak, że powiedziałem: „Lechu, pocałuj Danusię”, ale to stało się całkiem naturalnie. Oni wyglądają na tym zdjęciu jak dwa gołąbki.

Nikt inny nie pokazał takiej czułości Wałęsów. Kiedy opowiadał Pan o swoim małżeństwie, wyobraziłam sobie, że też z żoną musieliście mieć takie chwile czułości jak ta na zdjęciu.

Trzeba się całować na „do widzenia”, bo w naszej pracy jest dużo tych pożegnań. Faktycznie, wśród fotoreporterów jest sporo rozwiedzionych. To wynika z ciągłego życia w oddaleniu od rodziny, pod presją nowych wydarzeń.

Takim niezwykłym wydarzeniem był początek strajku w Stoczni Gdańskiej, który Pan sfotografował jako pierwszy na świecie.

Tak, byłem tam już drugiego dnia strajku, tyle że potem musiałem jechać na wczasy z żoną i dzieckiem. Nasze małżeństwo istnieje dlatego, że wtedy nie tupnąłem nogą i nie postawiłem na swoim, mówiąc, że wracam do stoczni. Żona powiedziała: „Pojedziesz do Gdańska po moim trupie, bo mamy wczasy wykupione na południu Polski”. No i pojechaliśmy na wczasy. W tym momencie wyszło, kto ma pierwszeństwo – praca czy rodzina. Na początku strajku zrobiłem w pracy swoje, teraz musiałem zająć się rodziną. Przez te dwa tygodnie denerwowałem się, ale kiedy wróciłem, strajk jeszcze trwał. Zdziwiłem się, że w stoczni są dziennikarze z całego świata, że fotoreporterzy mogą fotografować, co chcą.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie