Tajne przez poufne

Dlaczego ujawnienie i wydalenie szpiegów nie zawsze oznacza sukces? Ilu państwom równocześnie można świadczyć usługi wywiadowcze? I jak ukraść tożsamość dla agenta?

Nagłośniony niedawno przypadek ujawnienia dwóch szpiegów rosyjskich urósł do rangi wydarzenia roku, jeśli nie kilku ostatnich lat. To mocna przesada, co najmniej z dwóch powodów.

Słabość czy siła?

Po pierwsze, skala inwigilacji naszego kraju przez rosyjskie służby jest dużo większa, niż wskazywałaby na to liczba ujawnianych agentów. Potwierdzają to dane wywiadowcze krajów natowskich: Polska znajduje się pod wyjątkową „opieką” rosyjskiego wywiadu. Dlatego też, gdyby mierzyć skuteczność polskiego kontrwywiadu liczbą znanych nam podobnych przypadków, to skuteczność ta byłaby bliska zeru. A o sukcesie można by było mówić dopiero w przypadku ujawniania agentów rosyjskich co najmniej raz w miesiącu. Tymczasem to, że słyszymy o tym tak rzadko, może świadczyć zarówno o słabości naszych służb, jak i wprost przeciwnie – o ich wysokim profesjonalizmie.

Pierwsza opcja – służby nie działają lub działają zbyt słabo – nie jest wykluczona. Mówił o tym jakiś czas temu w rozmowie z GN gen. Zbigniew Nowek, były szef UOP i Agencji Wywiadu. – W naszych służbach po każdej zmianie władzy następuje wojna polsko-polska, gdzie ambicją nowych szefów jest zwalnianie młodych oficerów. Pamiętam, że przez kilka miesięcy w służbach nie mówiło się o niczym innym, tylko o tym, kto będzie zwolniony. Myśli pan, że takie służby pracują? Jeśli zwalnia się najlepszych profesjonalistów, to w służbach powstaje pytanie, czy warto szarpać się, czy może lepiej być przeciętniakiem, który odbębni swoje – mówił z goryczą Nowek.

Opcja druga – służby agentów demaskują, tylko robią to dyskretnie. W tym przypadku ważna jest świadomość, że nie każde ujawnienie agentów służy interesowi państwa, a bywa, że jest zbyt wczesnym spaleniem tematu. – Celem kontrwywiadu nie jest samo zdemaskowanie szpiega, ale jego ewentualne zwerbowanie i wykorzystanie do dalszych operacji – mówi GN Patryk Pleskot z IPN, współautor wydanej niedawno książki „Szpiedzy PRL-u”. – A najlepiej, jeśli przez namierzonego agenta można dotrzeć do jego siatki wywiadowczej czy kontaktów operacyjnych. Samo złapanie szpiega i ujawnienie może okazać się porażką służb, bo zamyka sprawę. Z drugiej jednak strony służby czasami muszą się pochwalić tym, co robią, żeby uzasadnić wysokie budżety, którymi dysponują. Taki wyciek może być więc czasami kontrolowany, stanowić element jakiejś gry politycznej, pomóc komuś w ogłoszeniu sukcesu – dodaje.

Szkoła szpiegów

Nie ma jednak wątpliwości, że dla samego oficera kontrwywiadu zatrzymanie szpiega jest celem, do którego dąży czasami przez cały okres swojej służby. – Bywa i tak, że w ciągu całej kariery nie uda mu się zdemaskować i schwytać ani jednego agenta obcego wywiadu – mówi płk Andrzej Sąsiadek, były oficer kontrwywiadu – najpierw w PRL, później również w III RP. Rozmawiamy w większym gronie w jednej z warszawskich „restauracji werbunkowych”, wykorzystywanych dawniej do pozyskiwania agentów do współpracy. Do słynnej szkoły dla przyszłych szpiegów w Kiejkutach trafił w sierpniu 1983 roku. Na pytanie o kolegów rocznikowych, odpowiada krótko: – Nie wiem. Wiem tylko, że byłem na roku z Bocianem, z Nóżką, ze Szczupakiem, Burkiem...

Każdy ze studentów ma pseudonim, później przechodzi tzw. legalizację nazwiska – Kowalski staje się Krawczykiem, Kwiatkowski Nowakiem itd. – Przez pierwsze trzy miesiące nie można kontaktować się z rodziną, z nikim, nawet z chorą matką, żoną czy dziećmi. Później raz w tygodniu można zadzwonić. To jest przygotowanie kandydatów na sytuację, że jak zostaną zatrzymani, to przez pierwsze miesiące mają wytrzymać i nie zdradzić żadnych szczegółów – mówi Sąsiadek. Zanim trafił do służb, przez 13 lat pracował na politechnice. W kontrwywiadzie był m.in specem od tzw. bezszmerowych wejść do pomieszczeń w hotelach i mieszkaniach w celu zrobienia dokumentacji. – Pracowałem na odcinku natowskim – przyznaje po kilku podejściach. Nie chce odpowiadać na pytanie o stosunek do płk. Kuklińskiego, który pracował dla strony rozpracowywanej przez niego. W 1991 roku pracuje już w nowej Polsce, w Urzędzie Ochrony Państwa, w wydziale zajmującym się... „kierunkiem wschodnim”. Jego zdaniem, praca i w PRL, i w III RP to zawsze to samo: służba swojemu państwu. Nie wchodzimy w spory na ten temat. Interesują nas szczegóły operacji na „kierunku wschodnim”.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie