To idzie młodość

W polskim samorządzie mamy bunt obywatelski i zmianę pokoleniową. Ponad politycznymi podziałami...

Wybory samorządowe za nami. W stolicach polskich regionów na pozór wszystko pozostało po staremu, choć prezydenci musieli tym razem toczyć zażarte boje o reelekcję. Za to w miastach średniej wielkości, a zwłaszcza w stolicach dawnych województw sprzed administracyjnej reformy, mieliśmy do czynienia z prawdziwym buntem obywatelskim. Zmiana, do jakiej doszło w dużej skali, ma jednak nie tyle charakter polityczny, co pokoleniowy. Prawie połowa włodarzy polskich miast ma teraz poniżej 40 lat. Młodzi burmistrzowie i prezydenci wygrywali przeważnie w II turach, jednocząc wyborców na zasadzie „wszyscy przeciw starej władzy”.

Klucz pokoleniowy

Najmłodszy prezydent miasta w Polsce ma 25 lat, nazywa się Marek Materek i wygrał w Starachowicach. Jego sukces ma wymiar symboliczny, bo to 50-tysięczne miasto w województwie świętokrzyskim zasłynęło przed laty aferą, która zapoczątkowała koniec władzy SLD, zaś w ostatnich miesiącach było świadkiem spektakularnego upadku prezydenta związanego z PiS, skazanego za łapówki. Do kompletu trzeba dodać, że sam Materek, niegdyś asystent regionalny europoseł Róży Thun, został usunięty z PO za zbytnią samodzielność. Teraz, stojąc na czele własnego komitetu, pokonał kandydata lewicy, urzędującego prezydenta Sylwestra Kwietnia. – Daliśmy sygnał, że w Starachowicach władzę przejmuje ruch społeczny – mówił po wyborze Materek. Co ciekawe, sukces takich ruchów był oczekiwany, ale raczej w dużych aglomeracjach. Tymczasem doszły one do głosu właśnie w mniejszych ośrodkach. – Bo tu ruchy miejskie zajmowały się realną polityką, a nie ścieżkami rowerowymi. Tworzyli je ludzie zdeterminowani, by przejąć odpowiedzialność za rządzenie – ocenia Marcin Kędzierski, prezes Klubu Jagiellońskiego. Jego zdaniem do tego, co się wydarzyło, bardziej trzeba przykładać klucz pokoleniowy niż partyjny. Bo nie jest tak, że wszędzie partie były odrzucane. Jeśli jednak odnosiły sukces, to właśnie dzięki „świeżej krwi”. PSL może się teraz chwalić prezydentem Krzysztofem Kosińskim (26 lat, Ciechanów), zaś PiS Lucjuszem Nadbereżnym (29 lat), prezydentem Stalowej Woli. Jeśli jakaś partia ma w tej grupie wiekowej problem, to jest nią… PO, dotąd kojarzona właśnie z „młodymi, wykształconymi z wielkich ośrodków”. Jako przykład zmiany pokoleniowej przywoływany jest także oryginalny pojedynek, jaki miał miejsce w Sulęcinie (woj. lubuskie). Kandydat SLD Dariusz Ejchart pokonał w nim kandydatkę PO Bożenę Sławiak. Oryginalność polega na tym, że zwycięzca jest prywatnie zięciem pokonanej.

Układ rozbity

Marek Materek nie kryje, że priorytetem jego kadencji będzie stworzenie lepszych warunków dla życiowego startu dla ludzi młodych. Podobne hasła wyniosły do władzy wielu jego rówieśników. Politycy w Warszawie od lat nie są w stanie zahamować procesu masowej emigracji, być może lepiej poradzą sobie z tym samorządowcy w Gorzowie (Jacek Wójcicki, 33 lata), Białej Podlaskiej (Dariusz Stefaniuk, 33 lata) czy Zamościu (Andrzej Wnuk, 39 lat). – Młode pokolenie wydaje się dziś być bardziej skonsolidowane niż kiedyś. To zapowiada zmiany o charakterze demograficznym w polskiej polityce – ocenia Marcin Kędzierski. Co prawda każda z wielkich partii zawsze miała swoje „młode wilki”, ale zazwyczaj były one pod ścisłą kontrolą starszych liderów. Wybory samorządowe dały im szansę zagrania według własnych reguł i okazało się, że młodzi są w stanie rozbić niejeden „układ zamknięty” na polskiej prowincji.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie