W co gra Rosja?

Rosja z dnia na dzień zrezygnowała z ważnego, rozwijanego przez lata projektu gazowego. A może od początku grała na niepowodzenie?

Rosja zrezygnowała z projektu budowy gazociągu South Stream, który miał obejmować Europę od południa, niemal symetrycznie do gazociągu Nord Stream, który obejmuje kontynent od północy. Ten ostatni, położony na dnie Bałtyku, działa i dostarcza błękitne paliwo do Niemiec. Dalej gaz może być dystrybuowany w całej Europie.

Polityka w gazociąg zaklęta

Moskwa nigdy nie ukrywała, że surowce energetyczne są jednym z najważniejszych elementów kształtowania jej relacji z sąsiadami oraz narzędzi kształtowania polityki zagranicznej. Jak to działa, nieraz widzieliśmy w praktyce. Gdy tylko przychodziła zima, Moskwa zakręcała kurek albo straszyła, że to zrobi. Nie tylko kij był fundamentem tej polityki, ale także marchewka. Aby mieć w szachu nie tylko swoich sąsiadów, Moskwa była w stanie przekonać Berlin do budowy gazociągu położonego na dnie Bałtyku, aby bezpośrednio połączyć Rosję i Niemcy. Dzisiaj trudno nie odnieść wrażenia, że reakcje wielu krajów na ukraiński kryzys byłyby zupełnie inne, gdyby z tyłu głowy europejskich przywódców nie kołatała wizja zimy bez dostaw surowców energetycznych. To oczywiście niejedyny powód zobojętnienia, ale jeden z ważniejszych. Gazociąg Północny był jednak w zamyśle Kremla tylko jednym z elementów układanki. Drugim był Gazociąg Południowy. Jego koncepcja powstała niemal równocześnie z pomysłem na Gazociąg Północny. Pierwszym krokiem było dogadanie się z Węgrami, cała reszta poszła dość łatwo. W styczniu 2012 roku Aleksiej Miller, szef rosyjskiego giganta gazowego, firmy Gazprom, powiedział: „W związku z poleceniem premiera znacznie przyspieszamy realizację projektu South Stream”. Chodziło o premiera Rosji, którym wtedy był Władimir Putin. Budowa gazociągu miała ruszyć rok później, ale Kreml zdecydował o przyspieszeniu. Według założeń South Stream miał dostarczać gaz z Rosji do krajów Europy Zachodniej z pominięciem krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Gazociąg miał być poprowadzony południem kontynentu. „Gazprom ma wszystko, co potrzebne, by ruszyć z tą inwestycją. Ma międzynarodowe porozumienia, ogromne zainteresowanie wszystkich uczestników projektu, niezbędne zasoby finansowe i wyjątkowe doświadczenie w prowadzeniu wielkich inwestycji transportu gazu. Projekt jest gotowy i przystępujemy do jego realizacji” – oświadczył wtedy Miller. Koszt inwestycji miał wynieść prawie 16 mld euro, choć nikt nie trzymał się kurczowo tej kwoty.

Gazociąg Północny pochłonął dwa razy więcej, niż planowano, co oczywiście nie zatrzymało ekspresowego tempa jego budowy. Wracając jednak do Gazociągu Południowego. Rosyjski Gazprom miał posiadać 50 proc. udziału w spółce budującej nowy gazociąg i zarządzającej nim, pozostali akcjonariusze: włoski Eni – 20 proc., francuski EDF i niemiecki Wintershall po 15 proc. każdy. Pierwsza nitka gazociągu od 2015 roku miała tłoczyć na  Zachód 16 mld m sześc. gazu. Druga miała powstać w 2018 roku. W sumie przepustowość gazociągu miała wynieść 63 mld m sześc. rosyjskiego gazu rocznie. Dla porównania, Polska rocznie zużywa około 11 mld m sześciennych.

O co chodzi? Nic nie wskazywało na kata

strofę projektu. Wydawało się, że Gazociąg Południowy powstanie tak samo szybko jak Północny, czyli w 1,5–2 lata. A tymczasem... pojawiła się konkurencja w postaci projektu europejskiego gazociągu Nabucco. Konkurencja, która na wstępie była skazana na porażkę. Kraje południa Europy (niemal wszystkie są członkami Unii Europejskiej) uznały, że lepiej prowadzić interesy z Moskwą. W Nabucco gaz miał pochodzić z Iranu, Azerbejdżanu i Turcji.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie