Rycerze Nebesnej Sotni

Mówi się, że bohaterowie nie umierają, ale bliscy bohaterów poległych na Majdanie wciąż nie mogą otrząsnąć się po tragedii.

Niemal rok po śmierci Nazara Wojtowicza jego matka nie wychodzi z domu. Całymi dniami patrzy na fotografię syna i rozmawia z nim. Nazar był jedynakiem, najmłodszym z zamordowanych na Majdanie. Matka Ustyma Hołodniuka postarzała się o kilka lat. Świadomość, że synowie zapisali się w historii Ukrainy jako bohaterowie, nie koi bólu ich rodziców.

Chłopiec w błękitnym hełmie

W historii Majdanu dzięki polskiej telewizji Ustym zapisał się jako chłopiec w błękitnym hełmie. Był na Majdanie od 22 listopada 2013 r. Po tygodniu przyjechał na krótko do domu z sinymi od pałek plecami i dwunastoma szwami na głowie. Drugi raz wpadł do domu w Wigilię Bożego Narodzenia. – Był już bardzo zmieniony. Zmężniał. Na głowie miał osełedec (wąski kosmyk włosów na czubku ogolonej głowy, noszony przez Kozaków zaporoskich). Mówię: „Synu, ty wiesz, że osełedec nie każdy może nosić, tylko prawdziwy wojownik?”. A on na to: „Tato, ja już bojowy chrzest przeszedłem, zasłużyłem”. Nie wiedziałem, że kilka dni wcześniej na piersi wybuchł mu granat hukowy. Nieprzytomnego Ustyma z pola walki wyciągnęła koleżanka z jego sotni, Alona. Posiedział dwa tygodnie, zaliczył zimową sesję egzaminacyjną i w poniedziałek 20 stycznia znowu pojechał na Majdan. Tam było coraz goręcej – opowiada ojciec.

W połowie lutego Hołodniuk senior, urzędnik państwowy, napisał do zwierzchnika podanie o urlop lub zwolnienie. – Narastał we mnie straszny niepokój. Musiałem być koło Ustyma, niezależnie od konsekwencji – wyjaśnił. Dostał urlop i pojechał do Kijowa. Ostatni raz widzieli się na Majdanie w nocy z 19 na 20 lutego. Każdy szedł do swoich zadań. – Pocałowałem go w tę kozacką czuprynkę, musiał się pochylić, wysoki był, wyższy ode mnie – wspomina ojciec. – O 10.20 dostałem telefon, że Ustym nie żyje. Pobiegłem do hotelu „Ukraina”, tam ściągali rannych i zabitych. Leżeli pokotem w hotelowym holu. Ustyma poznałem po niebieskim hełmie. Twarz miał zmasakrowaną. Usiadłem z wrażenia. Dwa metry dalej lekarze operowali rannego. Krew była wszędzie – opowiada. W telefonie syna znalazł SMS-a, którego chłopak nie zdążył wysłać do narzeczonej: „Niewolników do nieba nie wpuszczają”. Ostatni wpis z notesu Ustyma to strofa wiersza: „Nas biut, no my idiemo/ vilnimy my rodylys/ vilnimy pomremy” (biją nas, ale my idziemy/ rodziliśmy się wolni i wolni umrzemy).


Nie ma dnia, żeby Wołodymir Hołodniuk nie wracał myślą do tamtego poranka 20 lutego. – Jako oficer milicji z wieloletnim stażem wiem jedno: to była starannie przygotowana zasadzka. Dowodzący akcją musieli być przekonani, że zastrzelenie kilkunastu ludzi z pierwszej linii sprawi, że reszta wpadnie w panikę i ucieknie. Nie przewidzieli, że tłum zgęstnieje i pójdzie naprzód.

Na Jurija Galendę z Zarudzia, komendanta Sotni Tarnopolskiej na Majdanie, Ustym mówił „mój majdanowy ojciec”. Galenda został ciężko ranny w przeddzień śmierci Ustyma. Berkutowcy położyli mu nogi na krawężniku, korpus na trotuarze i skakali po nim, żeby połamanych nóg nie dało się złożyć. Nie docenili ortopedów ze szpitala we Wrocławiu. Tam, gdzie nie dało się złożyć kości, lekarze powkładali tytanowe gwoździe i Galenda po niespełna roku chodzi, wprawdzie o kulach, ale na własnych nogach. Na wspomnienie o Ustymie płacze. – To mój największy ból, że ten chłopiec zginął. Może gdybym był na miejscu tego dnia, on by ocalał – mówi.

Matka Ustyma krzyczała tylko wtedy, gdy do rodzinnego domu przywieźli zwłoki syna. Cały Zbaraż wyszedł na spotkanie. Ludzie stali w szpalerze ze świecami, krzyczeli: „Sława!”, płonęły znicze na chodnikach. Szły dziewczyny i chłopcy z jego 38. Sotni, którą nazwali 38. Sotnią Ustyma Hołodniuka. To wtedy, gdy zobaczyła odkrytą trumnę, a w niej białego jak papier Ustymka, z jej piersi wyrwał się krzyk.

– Tak może krzyczeć tylko matka, której zamordowali syna – wspomina Alona Stadnik, „Śnieżnobiała”, z 38. Sotni, która w grudniu wyciągała nieprzytomnego Ustyma z pola walki. – Ten krzyk rozrywał duszę. Wolałabym umrzeć, niż tego słuchać, ale ja wciąż żyłam, a Ustym był martwy.

Czas przemknął jak mgnienie oka. – Nie zauważyłam, kiedy dorósł – dziwi się matka. – Tak niedawno szykowałam go do pierwszej klasy, Pierwszej Komunii. Zdaje się, że wczoraj tu siedział i czytał „Władcę pierścieni”. Kiedy miał 12 lat, zaczął lepić z plasteliny kozaków. Miał cały chutor malutkich, precyzyjnie ulepionych ludzików z chatami – wspomina.

Na grobie Ustyma stanęły kozacki krzyż i mała barykada, która przypomina o miejscu, w którym zginął. Rady miejskie w Zbarażu, skąd pochodził, i w Bereżanach, gdzie studiował, jednogłośnie przyznały Ustymowi tytuł honorowego obywatela.

Najmłodszy patron szkoły

Pokój Nazara Wojtowicza wygląda tak, jakby chłopak właśnie przyjechał ze szkoły do domu. Na biurku z komputerem leżą komórka Samsung, mazaki, pędzelki, terpentyna do gruntowania płótna, tuba z rysunkami. W lewym rogu pokoju duże łóżko przykryte narzutą w niebieskie róże. Naprzeciw sztalugi z nieukończonym obrazem. Tuż obok kolekcja staroci: drewniana kierzanka do ubijania masła, zaśniedziały prymus, patefon. Na parapecie książka „Zimny jar” Jurija Gorlisa Gorskiego. Wydana po raz pierwszy w 1937 roku, opowiada o walce Ukraińców o niepodległe państwo po I wojnie światowej. Była tak popularna, że w oddziałach towarzystwa „Proswita” odbywały się jej publiczne czytania. Nazar skończył czytać na stronie 17. Do tego pokoju wchodzi tylko ojciec. – Nazar żył historią i malowaniem – mówi. Jednego go mieli.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie