Z tarczą czy na tarczy?

Po jednej stronie prężący muskuły kolos na glinianych nogach. Po drugiej stronie prawdziwa potęga militarna, ale bez natychmiastowej gotowości bojowej na wypadek ataku ze strony kolosa. Taka jest różnica między Rosją a NATO. Nie zmienia tego tworzona na szybko „szpica” Sojuszu.

Pozornie wszystko wygląda tak, jak na „najpotężniejszy sojusz wojskowy na świecie” przystało: kolejne szczyty NATO przynoszą decyzje o „wzmacnianiu zdolności obronnych”. Takim wzmocnieniem miały być najpierw wielonarodowe Siły Odpowiedzi NATO (NRF), później dodatkowo Tymczasowe Siły Szybkiego Reagowania (IHRF), teraz zaś zapadła decyzja o stworzeniu Połączonych Sił Zadaniowych Bardzo Wysokiej Gotowości (VJTF). Ta ostatnia „jednostka” nazywana jest popularnie „szpicą” NATO. Tyle tylko, że jak na dość stanowcze prężenie muskułów ze strony rosyjskiego kolosa, działania NATO ciągle wydają się zbyt anemiczne. I przede wszystkim mocno spóźnione.
 

Raczkowanie NATO

Po pierwsze wątpliwość budzi już sama liczebność „szpicy”. Ministrowie obrony państw członkowskich NATO ustalili niedawno w Brukseli, że VJTF będą składać się z brygady lądowej liczącej… 5 tys. żołnierzy. Mają mieć wsparcie z morza, powietrza oraz sił specjalnych. Ale nawet tych 5 tys. żołnierzy sił lądowych nie będzie mogło działać od razu. Sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg wyjaśniał, że część szpicy będzie gotowa do działania w 48 godzin od chwili pojawienia się zagrożenia, a pozostałe jednostki w ciągu tygodnia. W sytuacji, gdy Rosjanie mogą w ciągu niespełna doby przerzucić ok. 10 tys. żołnierzy do obwodu kaliningradzkiego, a czołgi, żeby dotrzeć z Moskwy do Warszawy, potrzebują mniej więcej tyle samo czasu, natowska „szpica” nie prezentuje się zbyt imponująco. Tym bardziej, że same Stany Zjednoczone potrafią w ciągu kilkunastu godzin osiągnąć wstępną gotowość bojową w dowolnym miejscu na świecie. Oczywiście należy pamiętać, że NATO jest sojuszem wielu państw i choćby pod względem decyzyjnym sprawa jest trudniejsza niż w przypadku samodzielnej decyzji jednego państwa. Mimo to projekt sił „bardzo wysokiej” gotowości nie jest adekwatny do nazwy, jaką mu nadano.

O „szpicy” wiadomo również, że ma ją tworzyć początkowo 6 państw: Polska, Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania i Wielka Brytania. Sama „szpica” będzie wchodzić w skład Sił Odpowiedzi NATO, które teraz liczą w sumie 13 tys. żołnierzy, a docelowo mają być rozbudowane do 30 tysięcy. Mało obiecująco wyglądają również ustalenia dotyczące terminu gotowości bojowej projektu. Początkowo mówiono, że dopiero rok 2017 jest realny, teraz trwają rozmowy mające przyspieszyć sprawę. Na razie „przyspieszenie” wygląda tak, że od stycznia tego roku działa „tymczasowa szpica” licząca… kilkuset żołnierzy, złożona z jednostek z Niemiec, Holandii i Norwegii.

Wiadomo też, że w czasie ostatniego szczytu NATO ustalono, że powstaną tzw. jednostki integracyjne w sześciu krajach NATO – Polsce, Bułgarii, Rumunii i krajach bałtyckich. Mają one odpowiadać za planowanie i organizację ćwiczeń Sojuszu, a w przypadku konfliktu odgrywać rolę ośrodka dowódczego. Polski minister obrony ogłosił, że w Polsce taka jednostka powstanie w Bydgoszczy. Warto przypomnieć przy okazji o Wielonarodowym Korpusie Północno-Wschodnim w Szczecinie. NATO zapowiada podnoszenie również jego gotowości. Korpus ma zostać przygotowany do przejęcia dowodzenia siłami „szpicy”, na wypadek gdyby ich użycie było potrzebne w naszym kraju. Tyle tylko, że i korpus jako taką zdolność operacyjną ma osiągnąć dopiero w przyszłym roku. Jeszcze później, bo w 2018 roku, będzie mógł dowodzić operacjami połączonymi z udziałem wojsk lądowych, sił powietrznych i morskich.
 

Błogi sen Zachodu

Pomimo mających wywołać wrażenie panowania nad sytuacją nazw tworzonych jednostek operacyjnych (siły szybkiego reagowania, bardzo wysokiej gotowości itd.) działania NATO przypominają raczej ruchy przebudzonego z głębokiego snu olbrzyma, który zaskoczony niemiłym hałasem wokół próbuje ustalić, jakie ma możliwości obrony. W sytuacji rosnącego napięcia na wschodzie Europy projektowanie czegoś, co ma osiągnąć „jakąś” gotowość bojową za rok lub dwa, podczas gdy powinno taką gotowość mieć od co najmniej 10 lat, może budzić tylko politowanie. I nie jest to wina wojskowych, tylko wynik braku woli politycznej w krajach członkowskich NATO. Nie ma co ukrywać, że przez ostanie dwie dekady elity polityczne w Europie Zachodniej żyły w pewnej ułudzie, iż po zakończonej zimnej wojnie można już spać spokojnie. Ta naiwność przejawiała się m.in. w malejących nakładach na zbrojenia, tak jakby samo funkcjonowanie w NATO z tego zwalniało. I choć to ciągle realnie najpotężniejszy sojusz wojskowy na świecie, być może właśnie takie przekonanie uśpiło czujność i sprawiło, że zdolność bojowa – poza politycznymi różnicami między członkami – jest trochę ograniczona.

To ważne także dlatego, że samo zbrojenie ma wartość odstraszania potencjalnego wroga. Zwłaszcza w relacji z tak agresywnym państwem jak Rosja Putina. Zachód postawił na politykę zakrywania oczu na poczynania władcy Kremla, podczas gdy były oficer KGB takim postępowaniem zwyczajnie gardzi. – Do Rosji nie mówi się językiem dyplomatycznych gestów. Z barbarzyńcą rozmawia się jego językiem, bo będzie reagował tylko na demonstrację realnej siły, a nie na takie śmieszne ruchy, że przyleci jakaś kompania, stu żołnierzy, amerykańskim samolotem i zacznie swoje „manewry” – mówił w rozmowie z GN gen. Roman Polko.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie