Amerykanin wśród Piastów

O tym, czy Mieszko I uwierzył w chrześcijańskiego Boga i dlaczego blisko mu do Konstantyna Wielkiego, oraz o podobieństwie Baracka Obamy do Chlodwiga z Philipem Earlem 
Steelem rozmawia Mariusz Majewski.

Mariusz Majewski: Chrzest Polski opisywany jest zwykle jako wielkie wydarzenie polityczne. Dlaczego zajął się Pan tym tematem od strony religijnej?


Philip Earl Steele: W czasie studiów w USA zajmowałem się nawróceniem Konstantyna Wielkiego, przede wszystkim pod okiem profesora Charlesa Odahla, który argumentował, że Konstantyn nie miał doraźnych powodów, ekonomicznych czy politycznych, żeby przejść na chrześcijaństwo w roku 312. 


Twierdzi Pan, że to był jego akt wiary?


Chrześcijanie wtedy stanowili bardzo małą, prześladowaną mniejszość w cesarstwie. Była ich tylko garść w ówczesnym establishmencie oraz w wojsku, gdzie mitraizm był religią powszechną. Poza tym chrześcijanie znajdowali się wtedy przede wszystkim we wschodniej połowie imperium – a nie na zachodzie, gdzie Konstantyn panował od 306 r. A jednak, jak wiemy, po otrzymaniu Bożej obietnicy: „Pod tym znakiem zwyciężysz”, Konstantyn zdobył Rzym i od razu zaczął promować chrześcijaństwo. 


Co to znaczy, że zaczął promować chrześcijaństwo?


Zgodnie z logiką socjotechniki mógł liczyć na „użyteczną” wdzięczność chrześcijan, gdyby poprzestał na zwykłej tolerancji. Poszedł jednak dalej. Kazał oddać ich mienie, uruchomił ogromny program budowania obiektów sakralnych, korespondował z hierarchami chrześcijańskimi – nawet ustanowił państwowe pensje dla duchownych. Słowem, Konstantyn prowadził wysoce ryzykowną grę. Odwracał się bowiem od establishmentu i czcigodnych religii imperium, wierząc, że chrześcijański Bóg, jego nowy patron, jest Najwyższym Bogiem i że zapewni mu sukces jako władcy. Znaczy, że był to akt wiary, a nie chłodne kalkulacje polityczne. 


I dopatrzył się Pan analogii do naszego Mieszka?


Tak – rzeczywiście dostrzegam mocne podobieństwa, jeśli chodzi o przejście na chrześcijaństwo, między Konstantynem i polskim władcą. Choć 20 lat temu, gdy moja przygoda z Mieszkiem się zaczęła, z dużym zdziwieniem zauważyłem, że w dyskusji o chrzcie z 966 roku polscy uczeni pomijają sferę religijną jako czynnik decyzji Mieszka I. Panował tu jeszcze swoisty scjentyzm, podejście, które z góry wyklucza względy religijne. W nauce m.in. anglosaskiej, dotyczącej rozszerzania się chrześcijaństwa w dawnej Europie, zażegnano scjentyzm ze 4–5 pokoleń temu.


Skąd się bierze wykluczanie religijnej motywacji u Mieszka?


Niedawno brytyjski mediewista prof. Richard Fletcher w swojej znakomitej syntezie konwersji Europy – czyli przejścia od pogaństwa do chrześcijaństwa – podkreślał, że materialistyczna argumentacja, o której mówimy, wciąż jest atrakcyjna na terenach o przeszłości komunistycznej. I należy się zgadzać z tym, że scjentyzm trwał dłużej w Polsce z powodu obowiązkowej niegdyś wykładni marksistowskiej. Ale od razu trzeba podkreślić, że to się zmienia. Wspomnę jako przykład dwie wybitne książki: „Barbarzyńska Europa” Karola Modzelewskiego i „Zjazd gnieźnieński” Romana Michałowskiego. 


Nie nazbyt śmiałe to Pana porównanie Mieszka do Konstantyna? Jak Pan badał okoliczności chrztu Polski? Źródła przecież są skromne…


Prof. Geremek barwnie opowiadał, że mediewiści są najbardziej leniwi wśród historyków, ponieważ mają najmniej źródeł. Analizowałem dostępne materiały na temat wydarzenia z 966 roku i jego okoliczności. Rozważałem możliwe motywy. Podobnie jak u Konstantyna, u Mieszka też nie ma jasnych doczesnych powodów, dla których miałby przyjmować chrześcijaństwo. Nie odnosił z tego tytułu żadnych szybkich, wymiernych korzyści politycznych ani gospodarczych. A tyle ryzykował… Tak jak w przypadku Konstantyna, nawrócenie Mieszka nie stanowi przyłączenia się do wygranej drużyny. Takim oportunistą był np. Chlodwig, który panował nad społeczeństwem w dużej mierze schrystianizowanym i oportunistycznie dołączył do większości. 


Pod tym względem niewiele się zmieniło we współczesnej polityce. 


(Śmiech) Rzesza polityków ciągnąca w kampaniach do kościołów, rozmodlone miny… Rzeczywiście dobrze to znamy z USA i Polski. Barack Obama to chyba najbardziej czytelny przykład stania się gorliwym chrześcijaninem, bo tak wypadało. 


Nareszcie mamy coś na efektowny tytuł: Obama jak Chlodwig!


(Śmiech) Ale chcę powiedzieć, że oprócz nawrócenia oportunistycznego jest jeszcze nawrócenie z przymusu. Widać to na przykładzie książąt czeskich w połowie IX wieku, czy też Gejzy, ojca Stefana Wielkiego. Przymus zwykle rodzi synkretyzm religijny na dworze, który poza tym nie wykazuje zainteresowania chrystianizacją ludu. Mieszka oczywiście nie obejmowała ta kategoria. Na jego dworze nie było widać synkretyzmu, a on sam stał się promotorem chrześcijaństwa. No i istotny też jest fakt, że inaczej niż w wielu innych krajach w średniowieczu (np. Anglia, Dania, Połabie, Litwa) nie było po Mieszku odwrotu od chrześcijaństwa. 


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • gut
    22.03.2015 11:35
    To jest niesamowity artykuł!
  • On
    06.04.2016 22:18
    Widze luki w argumentacji profesora Earl'a ;

    - po pierwsze , cesarz Otto mógl byc zainteresowany innymi stronami Europy , ale faktyczny napór na wschód Europy istnial ze strony wschodnioniemieckich ksiestw, które uznawaly cesarza jedynie nominalnie

    - Mieszko stworzyl system rzádzenia który zapobiegal rozpadowi jego rzádów , poczynajác od wiernej druzyny

    - po trzecie, jakis szerszy bunt przeciw nowej religii nie mógl powstac, jako ze Chrzescijanstwo przyjelo tylko otoczenie Mieszka w owym czasie i dopiero jego syn zaczál wdrazac je bardziej gruntownie
  • On
    06.04.2016 22:47
    Równiez nie rozumiem opinii jego opinii, ze po Mieszku nie bylo odwrotu od Chrzescijanstwa? Tylko czym innym jak odwrotem i powaznym kryzysem nazwac mozna bunt ludowy i zniszczenie struktury koscielnej w pol. XI wieku ?
    Nielogiczne
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie