Gaz się ślimaczy

Gazoport w Świnoujściu miał wzmocnić nasze bezpieczeństwo energetyczne. Tymczasem mija 9 lat od podjęcia decyzji o rozpoczęciu budowy i nadal kontenerowce nie mogą przybić do polskich brzegów. Najwyższa Izba Kontroli obwinia za tę sytuację rząd.

Spiesz się powoli – najwyraźniej to hasło przyświeca rządowi i podległym mu spółkom Skarbu Państwa przy budowie gazoportu w Świnoujściu. W tym roku minie 9 lat od podjęcia decyzji o rozpoczęciu inwestycji, a nie jest ona jeszcze ukończona. Co więcej, oddanie jej do użytku było już dwukrotnie przesuwane i nikt nie jest w stanie powiedzieć, kiedy gazoport ostatecznie powstanie. Premier Ewa Kopacz liczy na lipiec 2015 roku, wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński kryguje się nawet przy odpowiedzi na pytanie, czy realny jest czwarty kwartał bieżącego roku, a minister skarbu stwierdza, że „nie jesteśmy zakładnikami terminów”. Tymczasem od budowy gazoportu zależy nasze bezpieczeństwo energetyczne.

Ośmioletnie zaniedbania

Najwyższa Izba Kontroli miała dość czekania i postanowiła powiedzieć „sprawdzam”. Wyniki swojej kontroli zaprezentowała w informacji opublikowanej na początku marca. Wynika z niej, że zarówno dwie państwowe spółki (Gaz-System oraz Polskie LNG) odpowiedzialne za budowę gazoportu, jak i nadzorujące je Ministerstwo Skarbu nie dopilnowały budowy. Choć decyzja o rozpoczęciu inwestycji zapadła jeszcze w 2006 roku (za rządów PiS–Samoobrony–LPR), rządząca od 2007 roku koalicja PO–PSL początkowo ignorowała sprawę. Być może gdyby na początku 2009 roku Rosja nie zakręciła kurka z gazem Ukrainie – a przy okazji nie zmniejszyła dostaw paliwa do Polski – budowa gazoportu nadal leżałaby odłogiem. Jak podkreśla NIK, dopiero w kwietniu 2009 roku Sejm uchwalił ustawę umożliwiającą budowę gazoportu, a w lipcu 2010 roku wyłonił w przetargu wykonawcę robót – konsorcjum, czyli grupę firm, pod wodzą włoskiej spółki Saipem. Gazoport miał być gotowy w lipcu 2014 roku. To ogromna i kosztowna inwestycja, za którą zapłacimy ok. 2,5 mld zł. Dzięki budowie infrastruktury portowej, terminalu regazyfikacyjnego i gazociągu Świnoujście–Szczecin olbrzymie gazowce z całego świata będą mogły przywozić skroplony gaz ziemny, który na miejscu będzie ogrzewany, by wrócił do swojego uprzedniego stanu skupienia, a następnie przepompowywany do systemu gazociągów i rozprowadzany na całą Polskę.

Wydawałoby się, że firma Saipem i współpracujące z nią przedsiębiorstwa będą w stanie sprostać temu zadaniu: w końcu miała już doświadczenie, jeśli chodzi o budowę m.in. Gazociągu Północnego. Niestety, już w 2011 roku wykonawca zaczął się spóźniać z kolejnymi etapami inwestycji. Na dodatek w 2012 roku upadła jedna z większych firm wchodzących w skład konsorcjum: polskie PBG, które budowało dla gazoportu zbiorniki na gaz. W końcu wykonawca pokłócił się z Transportowym Dozorem Technicznym (TDT) o podział kompetencji w zakresie nadzoru nad jakością budowy terminalu – spór trwający prawie dwa lata także opóźnił prace nad gazoportem.

Minister nie dopilnował

Tylko co ma z tym wspólnego rząd? Z raportu NIK wynika, że dużo. Jak piszą kontrolerzy w swojej informacji, należąca do Skarbu Państwa spółka PLNG „mimo dysponowania rzetelną wiedzą o faktycznym stanie zaawansowania prac związanych z budową Terminalu LNG (w tym o występujących opóźnieniach, wadach wykonania niektórych prac oraz sporze Generalny Realizator Inwestycji–TDT) nie podejmowała odpowiednich działań zmierzających do wyeliminowania występujących nieprawidłowości”. – Spółka PLNG nie była w stanie wymóc na wykonawcy przedstawienia planu awaryjnego, przewidzianego w kontrakcie na wypadek opóźnień w harmonogramie inwestycji. Ponadto zgodziła się zwiększyć wynagrodzenie dla Saipem, przez co firma ta dostanie ostatecznie więcej pieniędzy niż drugi najtańszy oferent. Gdyby taką sumę zaproponowała podczas przetargu, w ogóle by go nie wygrała – wylicza poseł Prawa i Sprawiedliwości Piotr Naimski. Także spółka Gaz-System, koordynująca inwestycję, z opóźnieniem reagowała na niedotrzymywanie terminów przez konsorcjum wykonawcze. Ministerstwo Skarbu powoli reagowało na nieprawidłowości i nie wykorzystywało możliwości, jakie daje mu prawo, dzięki którym można było przyspieszyć budowę. W całej sytuacji świetnie odnajdywała się firma Saipem, z jednej strony nie wykonując prac w wyznaczonym czasie, z drugiej zgłaszając kolejne roszczenia finansowe. – Czkawką odbiło się nam wtedy prawo zamówień publicznych, przez które musieliśmy wybrać najtańszego oferenta – twierdzi ekspert ds. energetyki Fundacji Republikańskiej Tomasz Kosiński. – Uważam, że należało wybrać innego wykonawcę. Saipem jest powiązany z rosyjskim biznesem energetycznym. Obawiam się, że może tu występować konflikt interesów – dodaje Naimski. W wyniku opóźnień przez kolejny rok nie będziemy mogli korzystać z możliwości dywersyfikacji źródeł gazu, co pozbawia nas dodatkowych argumentów w rozmowach gazowych z Rosjanami. A działanie gazoportu ma tu niebagatelne znaczenie, o czym przekonują się już Litwini. Pod koniec ubiegłego roku zaczął działać gazoport w Kłajpedzie. To ogromny statek o znaczącym imieniu „Independence” („Niepodległość”), dzięki któremu w razie potrzeby Litwa może otrzymać 90 proc. swojego rocznego zapotrzebowania na gaz. Do tej pory była w pełni uzależniona w tej kwestii od Rosji. Już wiosną 2014 roku, gdy wielkimi krokami zbliżał się termin rozruchu gazoportu, Gazprom obniżył Litwinom cenę surowca o 20 procent. Dodatkowo w tym roku kończy się litewsko-rosyjska umowa gazowa – możliwość zakontraktowania nierosyjskiego gazu jest z pewnością ważnym argumentem przy ustalaniu warunków nowego kontraktu.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie