Władca idealny

Cesarz Karol I Habsburg uważał się za pomazańca Bożego pełniącego misję, z której żaden człowiek nie może go zwolnić.

Kiedy Jan Paweł II wynosił jesienią 2004 roku na ołtarze ostatniego władcę monarchii austro-węgierskiej, polecał go jako „przykład dla wszystkich, na których spoczywa ciężar odpowiedzialności politycznej w dzisiejszej Europie”. Może to brzmieć zaskakująco, mowa bowiem o cesarzu, który prowadził wojnę, i o zaborcy, który za nic nie chciał abdykować. Dopiero bliższe zapoznanie się z biografią Karola I Habsburga przekonuje, że jego beatyfikacja nie jest przypadkiem. A choć panował w zupełnie innej epoce, ideały, którymi się kierował, mogłyby odmienić świat współczesnej europejskiej polityki. Dziś kojarzonej ze wszystkim, tylko nie ze świętością.
 

W drodze do nieba

Karol Habsburg nie miał być następcą tronu, był daleko w kolejce do sukcesji. Dlatego gdy stygmatyczka i mistyczka Maria Vincenta przepowiedziała 8-letniemu chłopcu godność cesarza, w dodatku okupioną cierpieniem, wywołało to ogromne poruszenie i zaowocowało powołaniem Ligi Modlitewnej w intencji Karola. Co ciekawe, działa ona nieprzerwanie do dziś.

Wydawało się, że jego życie, zaplanowane w najdrobniejszych detalach – jak u każdego Habsburga – nie będzie obfitowało w niespodzianki. Religijna formacja, odebrana od domowych wychowawców, potem elitarna szkoła (ale bez matury, bo władcy nie wypadało konkurować z poddanymi na oceny), wojsko, aż wreszcie zgodne z polityką dynastii małżeństwo. Zyta Burbon, córka ostatniego panującego księcia Parmy, została mu wybrana, ale szybko okazało się, że była zarazem wybranką jego serca. Ojciec Zyty miał z dwóch małżeństw w sumie dwadzieścioro czworo dzieci, ona była piąta z kolei. Wychowywana w bardzo katolickim duchu, chciała, jak dwie starsze siostry, wstąpić do klasztoru. Wyszło inaczej.

Karol prosząc Zytę o rękę, wypowiedział niezwykłe jak na przyszłego cesarza słowa: „Teraz musimy pomagać sobie wzajemnie w drodze do nieba”. Jeszcze bardziej niezwykłe było to, że ich małżeństwo dokładnie tak wyglądało. Byli parą niezwykle zżytą, wspierającą się wzajemnie w trudnych chwilach. I nie jest przypadkiem ani to, że Jan Paweł II uczynił dniem wspomnienia bł. Karola 21 października, czyli datę jego ślubu, ani to, że w 2009 roku został otwarty proces beatyfikacyjny służebnicy Bożej cesarzowej Zyty.

To dobry chłopiec…

Franciszek Józef, który panował 68 lat, do końca nie dopuszczał Karola do spraw państwowych, pozostawiając mu mało istotne funkcje reprezentacyjne. „To dobry chłopiec, ale trudno mi sobie wyobrazić, by mógł kiedykolwiek rządzić” – mówił o swoim następcy.

Gdy wybuchła I wojna światowa, Karol początkowo na froncie jedynie dodawał żołnierzom ducha. Dopiero w 1916 roku objął dowództwo nad XX Korpusem Tyrolu, walcząc na froncie rumuńskim w randze generała broni. Ten czas obrósł całą masą hagiograficznych opowieści o tym, jak przyszły cesarz dbał o prostych ludzi. A to zatrzymał konwój, by pomóc starszej kobiecie nieść kadź, a to odesłał do domu żołnierza, bo poprosiła go o to jego matka – wdowa, a to obronił wieśniaka przed odebraniem mu ostatniej krowy. Zdaniem Elżbiety Zarych, autorki wydanej właśnie pierwszej poważnej biografii cesarza, bardzo trudno dziś wyznaczyć granice, gdzie kończy się legenda, a zaczyna prawda w tych przekazach, mocno polukrowanych w trakcie procesu beatyfikacyjnego.

Nie ma natomiast wątpliwości, że już wtedy, a zwłaszcza po objęciu władzy, Karol I podejmował konkretne działania na rzecz poprawy losu cywilów i żołnierzy na froncie. Dzięki nim zyskał nawet przydomek „Dobry”. I nie chodzi tylko o rozdawanie wszystkim paczek papierosów, różańców i świętych obrazków (co faktycznie miał w zwyczaju). Cesarz jako pierwszy otworzył sieć Domów Żołnierza, gdzie w godziwych warunkach rozdawano jedzenie, gazety, książki, gry. Ten pomysł powielano potem we wszystkich państwach walczących. Sprzeciwiał się stosowaniu kar cielesnych w wojsku, a 2 lipca 1917 r., na mocy amnestii generalnej, unieważnił drakońskie wyroki sądów wojskowych. W armii jego reformy napotkały zresztą spory opór. Zakazał bowiem pojedynków wśród oficerów, zabronił też otwierania domów publicznych. Ponieważ wszędzie pojawiał się w towarzystwie żony, nazywano go pogardliwie „mięczakiem, pantoflarzem i bigotem”.
 

Siła w słabości

Przeciwnicy beatyfikacji Karola I, których najwięcej jest w Niemczech i… Austrii, podnoszą przede wszystkim fakt, że prowadził działania wojenne, w dodatku wyjątkowo nieudolnie. Zwolennicy w tej słabości właśnie widzą siłę. Cesarz za wszelką cenę chciał wojnę zakończyć, pierwsza jego nota pokojowa ukazała się już w 3 tygodnie po objęciu tronu, ale państwa Ententy uznały ją za manewr wojenny. W pokojowych inicjatywach ściśle współpracował z papieżem Benedyktem XV. Anatol France nazwał Karola „jedynym rozsądnym człowiekiem wojny światowej”. Tyle że działającym w wyjątkowo nieprzyjaznym otoczeniu. Zarzucano mu zdradę sojuszników, ale to on sam był wielokrotnie zdradzany.

Niemcom naraził się, gdy przez swoich szwagrów służących w armii belgijskiej, Sykstusa i Ksawerego Burbonów, usiłował zawrzeć oddzielny pokój z aliantami. Ci jednak woleli ujawnić wszystkie listy Karola, by skłócić państwa centralne. Tak zwana afera Sykstusa stała się początkiem końca sojuszu z Niemcami, którzy wprost oskarżali go o sabotaż. Także dlatego, że odmawiał stosowania nowoczesnej broni siejącej śmierć.

Cesarz był pod Caporetto (bitwa znana też jako „drugie Verdun”), gdzie użyto gazów bojowych. Gdy zobaczył skutki ich działania, miał powiedzieć: „Dość! Żaden człowiek nie potrafi za to odpowiedzieć przed Bogiem”. Zabronił także atakowania przez łodzie podwodne cywilnych statków oraz bombardowania miast. To dzięki tej decyzji ocalała m.in. Wenecja.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie