Zmierzch patriarchy

Jean-Marie Le Pen, honorowy prezes francuskiego Frontu Narodowego, został ostatecznie odstawiony na boczny tor przez władze partii. Poszło o historię…

W wywiadzie dla jednej z telewizji 86-letni Jean-Marie Le Pen powiedział: „Komory gazowe były detalem historii II wojny światowej. Chyba że przyjąć, że to wojna była jedynie częścią historii komór, ale to szaleństwo”. Te słowa przeraziły jego córkę Marine, obecną szefową Frontu Narodowego, i niemal wszystkich jej najbliższych współpracowników. Marine Le Pen cztery lata temu stanęła na czele partii właśnie po to, by zerwać z wizerunkiem FN jako ugrupowania skrajnego, które – według niechętnej prasy – jednoczyło „byłych kolaborantów, antysemitów i homofobów” (a nawet „faszystów”). Dziś jej najbardziej zagorzali wrogowie przyznają, że odniosła sukces: znacznie powiększyła elektorat swej partii i uczyniła z niej równorzędnego konkurenta ugrupowań tradycyjnych, który może radykalnie zmienić nie tylko francuski pejzaż polityczny, ale i istotnie zaważyć na przyszłości UE. Gdy honorowy prezes kilka dni później udzielił długiego wywiadu dla prawicowego tygodnika „Rivarol”, popełniając niemal wszystkie możliwe grzechy przeciw tzw. poprawności politycznej, medialna burza osiągnęła krytyczny punkt, który wydał się bezpośrednim zagrożeniem dla dalszego politycznego powodzenia FN. Reakcja była gwałtowna – „ratowanie” 4-letniej pracy politycznej Marine i jej ekipy musiało być równie radykalne jak wypowiedzi Le Pena. Został zmuszony do rezygnacji z udziału w najbliższych wyborach regionalnych.

„Niewyparzona gęba”

Niełatwo znaleźć we współczesnej Europie polityka tak doświadczonego jak Jean-Marie Le Pen. Pierwszy raz został posłem do francuskiego parlamentu w roku 1958, a dziś pozostaje aktywnym deputowanym do Parlamentu Europejskiego.

Ten wyjątkowy bagaż został po drodze oblepiony wieloma łatkami, jednak jeśli jakaś cecha zupełnie odróżniała Le Pena od reszty francuskiego świata politycznego, to była to owa wielokrotnie mu zarzucana „niewyparzona gęba” – publiczne wypowiadanie opinii, które stanowiły polityczno-obyczajowe tabu. Za same słowa o komorach gazowych, wypowiedziane pierwszy raz 28 lat temu (była to odpowiedź na pytanie dziennikarza), został skazany pięciokrotnie. Ostatni raz wygłosił ten pogląd w Parlamencie Europejskim w 2009 r., budząc wielostronne protesty. Po przejęciu partii przez córkę w 2011 r. w zasadzie przestał prowokować media głównego nurtu, uznając – wydawałoby się – nową strategię komunikacyjną córki, pozbawioną tego, co nazywała „zbędnym ciężarem historii”, nieistotnym wobec nowych wyzwań.

Le Pen nigdy nie podważał wojennych zbrodni wobec Żydów, ale niektóre jego deklaracje, które w zamyśle miały przywracać pewne proporcje, zostały przez Marine i jej nowych współpracowników uznane za główną przeszkodę w wydobyciu partii z politycznej niszowości. Marine Le Pen jeszcze przed objęciem przywództwa w partii, jako posłanka do PE, zapisała się do parlamentarnej komisji euro-izraelskiej, nawiązywała stosunki z politykami z Izraela i z najważniejszymi przedstawicielami francuskiej społeczności żydowskiej, bardzo wpływowej politycznie. Ta polityka dość szybko przyniosła owoce: Marine Le Pen zaczęła być coraz częściej przyjmowana przez media głównego nurtu, dzięki czemu mogła szerzej prezentować program swego ugrupowania i własną silną osobowość. Dzieło medialnej „de-demonizacji” partii byłoby niemal zakończone, gdyby nie delikatne kwestie polityki historycznej i słynna prowokacyjność jej ojca. Historia i skandal Ideowa różnica między „starym” Frontem a „nowym” tkwi w traktowaniu historii jako składnika bieżącej polityki. To ona spowodowała, że Marine oskarżyła ojca o chęć doprowadzenia do „politycznego samobójstwa” partii. Nie tylko z jej punktu widzenia, ale i większości świata medialno-politycznego, Jean-Marie Le Pen mówił w wywiadzie rzeczy niedopuszczalne w dyskursie publicznym.

Wbrew nowym trendom w partii uważa on, że nie da się robić polityki bez brania pod uwagę tej przeszłości, która wpływa na teraźniejszość. Tak jak „nie da się prowadzić samochodu, nie patrząc we wsteczne lusterko”. Jego zdaniem „w imię Holocaustu nie można zapanować nad imigracją i odwrócić fal migracyjnych, bo mówi się nam, że deportowanie nielegalnych imigrantów byłoby podobne do deportowania Żydów; nie można bronić rodziny i tradycyjnych wartości, bo byłoby to podążanie śladami marszałka Pétaina [szefa kolaboracyjnego państwa francuskiego w czasach II wojny światowej]; nie da się krytykować wpływów politycznych masonerii i innych szkodliwych lobby, bo byłoby to jak w czasach Vichy; (…) nie można potępić nieprzerwanych żądań odszkodowań, jak ostatnio wobec SNCF [to francuski odpowiednik PKP, który musiał niedawno wypłacić wielką kwotę amerykańskim potomkom ocalonych z Holocaustu], ani potępić roli anonimowej, kosmopolitycznej finansjery międzynarodowej, bo zaraz padnie podejrzenie o antysemityzm”. Czytając to, czołowi politycy „nowego” Frontu łapali się za głowę. W wywiadzie największe oburzenie mediów i rządzących socjalistów oraz opozycyjnej centroprawicy wywołało wspomnienie o „rasie”. Le Pen wychodził tu z definicji narodu francuskiego, którą posługiwał się kiedyś generał de Gaulle („to naród rasy białej, kultury grecko-rzymskiej, religii chrześcijańskiej”). Ale słowo „rasa” zostało oficjalnie usunięte z publicznego słownika.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie