Państwo zawieszone

Czy w państwie istniejącym tylko teoretycznie możliwe jest pojednanie? Mozambik, „kraina nigdzie”, próbuje podnieść się po wojennej zawierusze.

Ciemnoskóra dziewczyna przechyla głowę i uśmiecha się zalotnie do obiektywu. Jest ładna. Bardzo ładna. Za nią, na drugim planie, szybko zapadający zmrok ogarnia potężny betonowy budynek. Ciemność wdziera się do pozbawionych szyb okien, przykrywa sterty śmieci i pochłania pachnące stęchlizną błoto. Jeszcze moment i wnętrze molocha rozświetli ciepła poświata ognisk. Płoną w pokojach i wielkiej sali balowej. Dają światło około 3 tys. mieszkańców Grand Hotelu w mozambickim mieście Beira. W dawno minionych czasach kolonialnych perła Mozambiku. Dumnie wznoszący się nad wodami Oceanu Indyjskiego luksusowy turystyczny raj. Potem przyszła wojna. Najpierw narodowowyzwoleńcza, a potem domowa. Hotel zaludnili nowi lokatorzy. Pozbawieni dachu nad głową przybysze z interioru, którzy tutaj znaleźli swój dom. Zajmowali pokoje, kuchnie, kanciapy dla służby. Zżyli się z hotelem, zamieniając go w zamknięty, żyjący własnym rytmem organizm. Przesiąknięty biedą i chorobami. Zawieszony pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Jak cały Mozambik.

Przetrwać

– Potrzeba nam elit, ludzi wykształconych. Młodych, pełnych pasji – mówi z przekonaniem Daviz Simango, burmistrz Beiry, twórca i lider nowej siły na scenie politycznej Ruchu Demokratycznego Mozambiku. Rozmawiamy w cieniu palm kokosowych, pośród przystrzyżonej trawy i zadbanych domów. W oddali stoi kościół, którego wnętrza zdobią sceny z czarnoskórą Maryją, trzymającą na kolanach malutkie Murzyniątko – Jezusa. Sielska sceneria jest złudna. Położone na przedmieściach Misjonarskie Centro de Formacao de Nazaré to enklawa w rozpadającym się kraju. Za jego murami dziurawą szosą suną w stronę Zimbabwe potężne ciężarówki obładowane zamorskimi towarami. Dzieci próbują wepchnąć kierowcom kiść bananów albo paczuszkę nerkowców, a kobiety zdążają gdzieś, taszcząc na plecach obwiązane chustami niemowlaki. Mozambik trwa od niechcenia. Dryfuje w jakąś bliżej nieokreśloną stronę. Jakby rzezie, epidemia AIDS i skupiona tylko na sobie władza zabrały mieszkańcom wolę zmiany swojego losu.

W latach 1976–1992 toczyła się tutaj krwawa wojna domowa między marksistowskim Frontem Wyzwolenia Mozambiku (FRELIMO) a Narodowym Ruchem Oporu (RENAMO). W jej wyniku zginęło kilkaset tysięcy osób, a kolejne miliony zostały uchodźcami. Podpisany w Rzymie na początku lat 90. XX w. pokój sprawił, że FRELIMO z forpoczty komunistycznej rewolucji przekształcił się w klasyczną partię władzy, skoncentrowaną na zabezpieczeniu interesów swoich popleczników. Konstytucja gwarantuje ustrój demokratyczny, ale w praktyce wszystkie wybory wygrywają dawni komuniści. Przed ostatnimi do jednej z wiosek przyjechali przedstawiciele Frontu i rozdali rowery. Gdy przy liczeniu głosów okazało się, że mieszkańcy zagłosowali na opozycję, ci sami działacze partyjni zabrali wszystkie jednoślady – słyszymy straszno-śmieszną anegdotę z życia mozambickiej demokracji.

Nie oglądaj się za siebie

Brutalna przeszłość nigdy nie została opisana, wspólnie przetrawiona. Zamiast poważnej debaty, w jaki sposób ułożyć relacje między dawnymi adwersarzami, zdecydowano się zamieść demony przeszłości pod dywan. Pokój zwycięzców, nic więcej. Spotykani przez nas Mozambijczycy mówią, że tak miało być. Trzeba było się pojednać, a nie rozliczać dawne zbrodnie. Słowo „pojednanie” jest tu odmieniane przez wszystkie przypadki. – Pracowaliśmy na rzecz pokoju przez pojednanie – mówi emerytowany bp Jaime Pedro Gonçalves, jeden z architektów rzymskich porozumień pokojowych „Pojednanie”.

Na sugestie o budowaniu wspólnej pamięci, pojednaniu narodowym, Komisji Prawdy, na wzór tej działającej w RPA po obaleniu apartheidu, ludzie reagują zdziwieniem albo obojętnością. Było, minęło. Nie rozdrapujmy ran, bo jeszcze wyleje się z nich śmierdząca ropa. – Ja byłam od zawsze we FRELIMO, mój mąż w RENAMO, dlatego mój kuzyn musiał go zabić – tłumaczy nam kobieta w wiosce niedaleko miasta Muxungue, kipiącego kotła, który raz po raz wybucha dawnymi podziałami. Jej słowa wpędzają nas w niemałe zakłopotanie. Ono nie mija, kiedy słyszymy, że mu przebaczyła. – Pojednaliśmy się – ucina dyskusję.

Jesteśmy zaproszeni pod wielki baobab na rytuał przejścia z dzieciństwa w dorosłość przez tzw. mistrza inicjacji. – Będę nauczał dziś młodzież, jak się skutecznie pojednać – wyjaśnia. Z zaciekawieniem patrzymy, jak młody chłopak przeprasza swoją rówieśnicę, podając jej dłoń i napój. Kiedy dziewczyna robi to samo, pytamy mistrza, czy ten rytuał wykonali kiedyś przywódcy FRELIMO i RENAMO, którzy tak ochoczo przekonują o wzajemnym dialogu i próbie zrozumienia. Pytanie zastyga gdzieś w cieniu olbrzymiego baobabu. Nigdy się na to nie zdecydowano. Może i pojednano się gdzieś w maleńkich wioskach skrytych w buszu. Ale brak wspólnych narodowych mechanizmów tylko sprzyja, żeby znów zetrzeć się w śmiertelnym uścisku. FRELIMO z RENAMO. Sąsiad z sąsiadem. Brat z bratem.

Podziel się…

Prowincja Sofala, której stolicą jest Beira, uchodzi za matecznik RENAMO. Krążymy między zniszczonymi willami z epoki kolonialnej w reprezentacyjnej dzielnicy miasta. Gdzieś tutaj mieszka Afonso Dhlakama – przywódca Frontu. Ostatnio poufnymi kanałami dostał ostrzeżenie, żeby się nie wychylał, bo zostanie odstrzelony. W 2013 r. jego zwolennicy znowu chwycili za broń i Sofala stanęła w ogniu. Teraz jest spokojnie, ale nikt nie wie, co jeszcze się wydarzy. Pojawiają się już żądania autonomii dla północnych prowincji, będących ostoją RENAMO. Rząd nie pozostaje bezczynny. W marcu tego roku w Maputo zamordowano Gillesa Cistaca – konstytucjonalistę pochodzenia francuskiego. W kawiarniach Beiry mówi się, że władza nie mogła mu darować poglądów o zgodności autonomizacji z ustawą zasadniczą. Niech zostanie tak jak jest. Po co mącić i jątrzyć? Kraj zastygł między krwawą przeszłością i kruchym pokojem.

Wojna zerwała więzi społeczne i kulturowe. Stary plemienny świat miesza się z epoką globalizacji. Wyjeżdżając z miasta, mijamy plac przyozdobiony wielką butelką z czerwoną etykietą, białym napisem i brązowym płynem. Rondo im. Coca-Coli. Boczną ścianę poczerniałego od brudu betonowego klocka mieszkalnego zasłaniają dwie stukające się coca-cole: „Podziel się…”. Pół litra słodkiego napoju to równowartość dziennego dochodu przeciętnego Mozambijczyka. Na głębokiej prowincji można o nim tylko pomarzyć. – Żeby dostać się do niektórych wiosek, musimy zostawić samochód i przesiąść się na motocykl. Po drodze są rzeki, ale mostów nie ma. Maszynę trzeba załadować na łódkę – opowiada o. Marcin, polski ojciec biały pracujący w miasteczku Sussundenge przy granicy z Zimbabwe. – W porze deszczowej niektóre osady przez całe miesiące są odcięte od świata – dodaje. Mozambickie państwo jest iluzoryczne. Jego funkcje często wykonują misjonarze.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie