Samarytanie z powstania

W piątym dniu walk zapadła decyzja o przymusowym wysiedleniu warszawiaków i utworzeniu obozu przejściowego w Pruszkowie. Mogło przez niego przejść nawet 650 tys. ludzi.

Opustoszałe warsztaty kolejowe. Kilkanaście budynków na 50 hektarach. Niemcy wydzielają 9 hal naprawczych, które ponumerowano i ogrodzono zasiekami z drutu. W środku rozrzucono trochę słomianych mat. Za mało, żeby wystarczyło dla wszystkich. Tak w wielkim skrócie wyglądał Dulag 121, największy obóz przejściowy. Miał na celu lepszą selekcję ludności i wyłowienie kandydatów do pracy na terenie III Rzeszy. Niezdolni do pracy, kobiety, dzieci, mieli trafić do gospodarstw rolnych na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Pierwszy transport ok. 3 tys. ludzi z warszawskiej Woli przyjechał tu 7 sierpnia. W chwilach największego przepełnienia przebywało w nim kilkadziesiąt tysięcy ludzi.

Siła solidarności

Już od momentu transportu z Warszawy do Pruszkowa okoliczni mieszkańcy wspierali wysiedleńców, jak tylko mogli. W pomoc zaangażowane były oficjalne organizacje, takie jak Czerwony Krzyż, Rada Główna Opiekuńcza, Polski Komitet Opiekuńczy, organizacje spółdzielcze i kościelne oraz konspiracja, zwłaszcza Armia Krajowa. Na największe uznanie zasługują jednak tysiące wolontariuszy, którzy z własnej inicjatywy dostarczali pożywienie, ubrania, koce i lekarstwa. Przyjmowali warszawiaków pod swój dach bądź zatrudniali się w obozach przejściowych jako personel pomocniczy czy sanitarny. W obozie ludzie dostawali najprostsze posiłki, podstawowe ubrania i lekarstwa. Poważniej chorych i wyczerpanych wyszukiwały sanitariuszki z opaskami Czerwonego Krzyża. Dulag 121 był nie tylko największym obozem przejściowym, ale także jedynym, w którym obsługę Niemcy zostawili Polakom. Czuwać nad tym miała pruszkowska delegatura Rady Głównej Opiekuńczej.

Obsadzenie Polaków w tych miejscach umożliwiło pomoc więźniom, dzięki czemu około 100 tys. ludzi mogło wyjść z obozu na wolność. Gdy na przykład obozowa kuchnia nie nadążała z wydawaniem posiłków, miejscowa ludność dostarczała gotowe porcje żywnościowe. Ludzie z okolicznych gospodarstw rolnych, którzy przywozili zaopatrzenie do obozu, niejednokrotnie w pustych wozach wywozili więźniów. Ukrywali ich w beczkach, pod plandekami albo przebierali za swoich pracowników. Mieszkańcy Pruszkowa i okolic ruszyli z pomocą już 6 sierpnia. W organizacji wsparcia bardzo pomogły parafie. – Księża zachęcali swoich parafian do ofiarności, niesienia pomocy i przyjmowania wypędzonych – opisuje Mirosław Wawrzyński, mieszkaniec Pruszkowa, autor szczegółowego opracowania „Nieznana karta Powstania Warszawskiego. Oni ratowali warszawiaków 1944–1945. Solidarność ludzka w czasach pogardy”. Duchowni nieraz mieli w związku z tym kłopoty i byli nachodzeni przez Niemców. W pomoc zaangażowały się też zakony.

W szpitalu w Tworkach pracowały siostry ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo, popularnie zwane szarytkami. Podczas powstania ich przełożona oddelegowała do Dulagu 121 siostry Jadwigę Lewińską i Anielę Zwolenkiewicz. Zanosiły tam ciepłą kawę, mydło, ręczniki i regularnie prosiły komendanta obozu o zwolnienie najbardziej chorych. O tej wielkiej zbiorowej pomocy i solidarności stara się opowiadać Muzeum Dulag 121, działające od 2010 r. Wchodzących wita fragment wiersza Zbigniewa Herberta: „i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden, on będzie niósł Miasto w sobie (…) on będzie Miasto”. W akcję pomocową mającą na celu to, aby było jak najwięcej takich „ocalałych”, zaangażowało się kilkadziesiąt tysięcy ludzi. – Ludzie dzielili się tym, co mieli, a przecież nie mieli za wiele. Za dawanie więźniom jedzenia jeszcze nie groziło nic poważnego. Ale wyprowadzenie ich z obozu i ukrywanie, co często się zdarzało, groziło śmiercią – mówi Małgorzata Bojanowska, dyrektorka pruszkowskiego muzeum.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie