Daleko od Aten

Greckie wybrzeże i malownicze wyspy kryzysu chyba nie odczuły. W czasie wakacji słońce jak zwykle morderczo grzało, a plaże pełne były turystów.

Na urlop do Grecji jechałem z pewnym niepokojem. Podobnie jak wielu, nie tylko polskich turystów. Pokazywane na okrągło w telewizjach całej Europy manifestacje i zamieszki przed siedzibą rządu, starcia z policją na ulicach Aten nie zachęcały specjalnie do wizyty w tym kraju. W Panteleimonas, niewielkiej wiosce położonej na Riwierze Olimpijskiej, skąd turysta może łatwo zorganizować zwiedzanie Meteorów, Delf czy rejs statkiem na wyspę Skiathos, wspaniała plaża przyciąga tłumy. A że jest rozległa, więc tłoku nie ma. Rozpościera się z niej piękny widok na malownicze ruiny zbudowanego około 1220 r. zamku krzyżowców. Twierdza zajmowała strategiczne położenie, strzegąc wyjścia z doliny Tempe, przez którą przebiegała główna droga łącząca Macedonię z Tesalią i południową Grecją.

Kwitek pod leżakiem

Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że drobny incydent, którego stałem się uczestnikiem, może mieć związek z kryzysem. Hotelowa restauracja wychodząca na plażę oferowała nie tylko napoje chłodzące i posiłki, ale także parasole z leżakami. Można było z nich korzystać przez cały dzień, wystarczyło zamówić na przykład wodę mineralną za 50 centów. Uwijający się wokół kelnerzy nie byli nachalni, nie domagali się też kolejnych zamówień. Kiedy tak sobie leżakowałem, przebiegający obok kelner nagle zatrzymał się i z niepokojem spojrzał na stolik z zamówionymi napojami. Rozejrzał się i zaczął nerwowo czegoś szukać. Zaniepokojony zapytałem, co się stało. Okazało się, że szuka paragonu z kasy fiskalnej, który przyniósł wraz z zamówieniem i włożył pod popielniczkę. Kwitek gdzieś sfrunął, ale na szczęście znalazł się pod leżakiem. Uspokojony kelner położył go na stoliku i gestem kazał pilnować. Sytuację wyjaśnił mi dopiero Maciej Szawel, szef działającego tu polskiego biura turystycznego „neo Szavel Travel”. Pracuje w Grecji od 2006 r., więc doskonale zna panujące tu obyczaje. – Grecy po 2009 r. bardzo uprościli prawo, jeżeli chodzi o egzekwowanie podatków. Prowadząc tu działalność, do 2009 r. rzadko dostawałem paragon czy rachunek za jakieś usługi. Miałem podpisane podwójne kontrakty, oficjalny i nieoficjalny – zdradza tajemnice biznesowej działalności w Grecji przed kryzysem. – Kiedy np. za wynajęcie jakiegoś obiektu miałem zapłacić 40 tys. euro, w polskim urzędzie podatkowym wykazywałem wszystkie dochody.

Mój kontrahent wiedział, że rozliczam się w Polsce, więc przygotowywał drugą umowę, na 20 tys. euro, dla swoich władz podatkowych. Ja zapłaciłem 40 tys., miałem na wszystko pokwitowania, a on przedstawiał władzom kontrakt na mniejszą sumę. Maciej Szawel podaje inny przykład wzięty z życia. – Wpada kontrola do apartamentowca i sprawdza pokoje. Kontrolerzy biorą booking home, czyli księgę gości, i sprawdzają, ile osób mieszka w pokojach. Okazuje się, że w jednym z nich znaleźli bagaże świadczące o tym, że ktoś w nim mieszka, a według księgi nie jest wynajęty. Właścicielowi hotelu grozi mandat, więc tłumaczy, że tam mieszka syn z kolegą. Nieodpłatnie. W świetle prawa było to przestępstwo, bo pokój jest zamieszkany, ale nieopłacony. Teraz gorączkowe poszukiwanie paragonu przez kelnera stało się dla mnie zrozumiałe. Athanasios Goularas, który wraz z żoną Marzeną Wierzbicką prowadzi w Panteleimonas restaurację „Cafe jazz” i wynajmuje turystom apartamenty, wyjaśnia, że agenci podatkowi incognito obserwują, czy klient otrzymuje od razu rachunek z kasy fiskalnej. Za jego brak grożą dotkliwe kary finansowe. Za pierwszym i drugim razem mandat, a za trzecim można stracić prawo do prowadzenia działalności.

Gdzie jest kryzys?

Oczywiście nie wszystkim Grekom pamiętającym dobre czasy sprzed kryzysu podobna gorliwość urzędów podatkowych się podoba. Trudno też dziwić się władzom, że chcą wyprowadzić turystykę z szarej strefy, bo wpływy z niej stanowią jedno z najważniejszych źródeł greckiego PKB. Kiedy inne sektory greckiej gospodarki przeżywają recesję, jej znaczenie wzrasta. Moi rozmówcy podkreślają, że w tym roku w greckich kurortach turystów nie ubyło. W przeciwieństwie do 2009 r., kiedy rozpoczął się kryzys. – Wówczas jeden z naszych ministrów odradzał wyjazdy do Grecji. Wakacyjne media donosiły wyłącznie o kryzysie, o zadłużeniach. To było straszne – wspomina Maciej Szawel.

– Wtedy w sierpniu nie było w ogóle wczasowiczów, ludzie przestali przyjeżdżać, pozostawiając nawet zaliczki, bo tak się wystraszyli. Teraz odnoszę wrażenie, że klient polski jest bardziej wyrobiony i nieufny w stosunku do tego, co słyszy w mediach. Oczywiście klienci dzwonią do nas i pytają, czy mamy jedzenie, pieniądze, czy jest benzyna na stacjach. Odpowiadam, że wyciągnąłem dzisiaj z bankomatu 2 tys. euro, mamy co jeść, tankowałem auto, nic złego się nie dzieje. Zaglądam do internetu i dochodzę do wniosku, że żyję w innej Grecji niż ta, którą pokazują w mediach. Mieszkający w Panteleimonas Grecy uważają, że obraz sytuacji w ich kraju, jaki przedstawiają media, jest mylący. Ich zdaniem Ateny, najczęściej pojawiające się w telewizyjnych czy prasowych przekazach, są swoistym państwem w państwie. W stolicy mieszka prawie 4 mln Greków, czyli jedna trzecia populacji kraju. Dziennikarze nie wychodzą poza Ateny. – Tu u nas jest jak zwykle morderczy upał i jedyną uciążliwością, jaką odczuwamy, jest kolejka do bankomatu, z którego możemy wyjąć tylko 60 euro – słyszałem od wielu Greków. Przekonałem się, jak jest naprawdę, kiedy pojechałem do Salonik, drugiego co do wielkości miasta Grecji.

W największej kolejce do bankomatu, jaką widziałem, stało sześć osób. W sklepach i restauracjach bez trudności można płacić kartą. Athanasios Goularas znalazł się wśród 40-procentowej mniejszości, która w referendum głosowała za przyjęciem unijnego pakietu, a właściwie, jak uważają Grecy, dyktatu. Jest nauczycielem, od 10 lat uczy w szkole średniej, a w okresie wakacyjnym pomaga żonie prowadzić turystyczny biznes. Nie skarży się, bo – jak mówi – kryzys nie uderzył w nich zbyt mocno: – Może dlatego, że zarabiamy na turystyce. Ale teraz nie wpłacamy zarobionych pieniędzy do banku. Athanasios przyznaje, że na kryzys Grecja pracowała przez 30 lat. – Myślę, że kontynuacja reform jest koniecznością i Grecja powoli, powoli wyjdzie z kryzysu. Odczuwają go wszyscy, zarabiam jakieś 35 proc. mniej niż wcześniej.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie