Z boku

Zamieszkał „kawał w bok od szosy głównej”. Stamtąd widać wszystko wyraźniej. Od lat nasłuchuję, co ma do powiedzenia Jan Krzysztof Kelus, facet, który nie tylko śpiewał: „czerwony Radom pamiętam siny jak zbite paŁką ludzkie plecy”, ale też pakował manatki, by pomagać ludziom zaszczutym przez komunę.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że wychowałem się na jego piosenkach. Gdy ze zdezelowanego magnetofonu dobiegały z pokoju rodziców zniekształcone przez wielokrotne kopiowanie słowa: „Dostaliśmy od historii i oddamy komuś w spadku czas wystąpień i protestów, czas wydarzeń i wypadków”, miałem kilka lat. Potem odkryłem Kelusa. Zachwyciłem się jego piosenkami. Ascetycznością, surowością wykonania, przenikającymi na wskroś tekstami. Twórczością, która nikogo nie kopiowała, nie działała wedle mechanizmu Ctrl + C, Ctrl + V. Kilkukrotnie „połknąłem” wywiad rzekę, jaki z Janem Krzysztofem Kelusem przeprowadził Wojciech Staszewski. Chłonąłem książkę „Był raz dobry świat”, zafascynowany wolnością, jaka biła z tej opowieści. Podobał mi się ten wolny duch. To „szlajanie się” po Polsce, żeglowanie po Mazurach (Kelus zna je jak własną kieszeń), wypady w Tatry. I fascynująca opowieść o „ciotce historii”, która przypałętała się po drodze. Podobało mi się to, że opowiadając o trudnych wyborach, których dokonywał, za wszelką cenę unikał patosu.

Nie wierzyłem, że komunizm padnie

Do marca 1968 r. najlepszy bard wśród socjologów (studiował prawo, ale ostatecznie ukończył socjologię na Uniwersytecie Warszawskim) i odwrotnie, był – jak opowiada – apolityczny aż do bólu. W 1969 r. został aresztowany w ramach głośnej „sprawy taterników” (przenosili przez góry m.in. paryską „Kulturę”). Po latach należał do współpracowników KOR, w ramach którego współorganizował wsparcie prawne i finansowe dla robotników biorących udział w proteście 25 czerwca 1976 r. Wiem, łatwo czyta się słowa Herberta: „To wcale nie wymagało wielkiego charakteru (…)/ mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi/ lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku”, trudniej z realizacją tego przesłania. Kelus nie tylko śpiewał o „czerwonym Radomiu”. Pakował manatki i narażając się „smutnym panom” z bezpieki, jeździł tam z Warszawy. Pukał do zastraszonych rodzin, zaszczutych przez władzę nieufnych mieszkańców, oferując konkretną pomoc.

Płacił za to wysoką cenę. W 1979 roku usunięto go z powodów politycznych z pracy na Akademii Medycznej. Wiele razy trafiał za kratki. – Słyszał pan kiedyś szczerą, prawdziwą opowieść o czyichś przeżyciach w więzieniu? Nie o pobycie, o przeżyciach? – pytał Wojciecha Staszewskiego. – Mówioną, nie pisaną? Bo ja nie… (…) Posłużę się przykładem. Aresztowana została osoba, która była dla mnie kimś najbliższym. Nie wiedziałem, co się z nią dzieje. Wyobrażałem sobie dziesiątki złych scenariuszy. Nie potrafię po prostu opisać, co działo się ze mną wówczas, gdy sprytny kapuś pokazywał mi Urszulę w oknie szpitala więziennego. Po czym bardzo umiejętnie podsycał moje najgorsze obawy. Na przykład, że dostała się tam w wyniku próby samobójczej albo ciąży. I że oczywiście można byłoby się czegoś więcej o niej dowiedzieć za cenę złożenia odpowiednich zeznań”. – Nie wierzyłem, że komunizm padnie – mówił po 25 latach Robertowi Mazurkowi – ale musiałem stawać po stronie bitych i poniewieranych. – W imię czego się pan angażował? – pytał dziennikarz. – Ja? Przecież ja nigdy nie zostałem postawiony przed najtrudniejszymi wyborami. – Czyżby? Zawsze, jak można było zarobić w łeb albo posiedzieć w więzieniu, Kelus wychylał się pierwszy. Dlaczego? – Zawsze myślałem, że dla przyzwoitości. Ona musi być w czymś osadzona. – W genach? – W genach to ma pan osadzony nos. Przyzwoitość bierze się z systemu wartości. Widocznie wylazło ze mnie to, co mi zostało z ojca, akowca, jakiegoś prapradziadka Jana.

Persona non grata

Na początku lat 80. XX w. Kelus założył z przyjaciółmi Niezależną Oficynę Wydawniczą CDN, największy w historii drugoobiegowy dom wydawniczy w Polsce. Po triumfalnym wejściu do gry i brutalnej pacyfikacji „sentymentalnej panny S” wyniósł się na północ. By „hodować pszczoły pod ruską granicą”. Mieszka na Warmii do dziś. Na przełomie stuleci o bardzie zrobiło się głośno. Ukazał się wywiad rzeka, a na dwóch krążkach wydano kompilację jego najlepszych piosenek. A potem robiło się coraz ciszej i ciszej. Aż ucichło kompletnie. Wiedziałem, że żyje, z opowieści kompozytora Michała Lorenca, który przyjaźni się z bardem. Dlaczego w ostatnich latach autor „Piosenki o jeżach” czy „Papierosów Biełomor-kanał” zniknął z medialnego krwiobiegu? Dlaczego stał się persona non grata? Z powodu pewnego listu. Napisanego z Odludkowa do Adama Michnika dokładnie przed trzema laty: „Adamie! – pisał Kelus jak zwykle bez owijania w bawełnę. – Nasze drogi rozeszły się dość dawno. Twojej publicystyki – jeśli ją jeszcze uprawiasz – w zasadzie już nie śledzę, gdyż stałeś się dla mnie bez reszty przewidywalny i nieciekawy. Od czasu polemiki z Alainem Besanconem – której forma i poziom miał prawo zaskoczyć każdego, kto pamiętał Cię jako autora »Z dziejów honoru w Polsce« – twoją obsesją stała się obrona najważniejszego wyboru, jakiego dokonałeś. Tego z czasów Magdalenki i Okrągłego Stołu. Z czasów, gdy nasze drogi się rozeszły…

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie