Afera grypowa

Co naprawdę wydarzyło się jesienią 2009 roku w Polsce? Czy największa (ponoć) osobista zasługa Ewy Kopacz nie jest w rzeczywistości jej największą winą?


Minister zdrowia w rządzie Donalda Tuska postąpiła słusznie, nie kupując sześć lat temu szczepionki przeciw świńskiej grypie. Epidemia była bowiem niegroźna, a leki niepotrzebne. Ewa Kopacz odważnie przeciwstawiła się lobbingowi potężnych koncernów farmaceutycznych, a budżet państwa dzięki jej mądrej decyzji wiele zaoszczędził. 
Taka wiedza na temat wydarzeń z jesieni 2009 jest dziś powszechna i podzielana… nawet przez przeciwników tamtego i obecnego rządu. Niestety, wiele wskazuje na to, że najważniejsze osiągnięcie Ewy Kopacz było de facto jej najpoważniejszym zaniechaniem. 


Prywatne śledztwo


Jak w klasycznym amerykańskim filmie o epidemiach, wszystko zaczęło się od zwyczajnego warszawskiego lekarza rodzinnego, przy okazji ojca pięciorga dzieci. Lek. med. Dariusz Majkowski miał dodatkową motywację do zajęcia się tematem świńskiej grypy, bo jesienią 2009 roku zachorowało także jego dwoje dzieci. Kontrast pomiędzy tym, co widział i co wiedział jako lekarz, a treścią oficjalnych komunikatów i rządowych rekomendacji skłonił go do podjęcia prywatnego śledztwa. Jego zaniepokojenie wzrastało wraz z wgłębianiem się w temat, rozmowami z innymi lekarzami, analizą danych. Zaalarmował Janusza Kochanowskiego, ówczesnego rzecznika praw obywatelskich. Ten – jako jedyny reprezentant opinii publicznej (poza Naczelną Radą Lekarską) – zaczął zadawać pani minister niewygodne pytania. A miał wiedzę także z pierwszej ręki, bo sam zachorował na grypę. 
Jego monity zostały przez Ewę Kopacz potraktowane w stylu, jaki dziś już dobrze znamy. „Pan profesor zapadł na grypę… ale bardzo szybko ozdrowiał. I potem był już bardzo aktywny medialnie” – kpiła. Dochodzenie rzecznika przerwała niestety śmierć w katastrofie pod Smoleńskiem.
Dariusz Majkowski próbował także zainteresować prawdziwą skalą pandemii media. Nie było to łatwe, bo akurat w tej sprawie praktycznie wszyscy dziennikarze kibicowali władzy. Jedni powodowani konformizmem, inni niechęcią do wyrzucania publicznych pieniędzy na wydumane (a nie realne) zagrożenia. Trop podjął jedynie Artur Dmochowski z „Gazety Polskiej”. I już nie odpuścił. Plonem jego dziennikarskiego śledztwa jest książka „Afera grypowa”, która właśnie trafiła do księgarń. 


Rząd nie mówił prawdy


Z perspektywy sześciu lat widać więcej. Dziś już nie ma wątpliwości, że w Polsce mieliśmy do czynienia z prawdziwą, a nie wydumaną pandemią, która przyniosła dużo większe od oficjalnie ujawnionego śmiertelne żniwo. Jesienią 2009 roku być może nie sposób było przewidzieć skali epidemii, ale podstawowym obowiązkiem władzy było informowanie obywateli o realnym zagrożeniu. Ani Donald Tusk, ani Ewa Kopacz z tego obowiązku się nie wywiązali. Przeciwnie, do końca szli w zaparte. 
Szpitale i przychodnie pękały w szwach, nie sposób więc było negować faktów. Wybrano inną taktykę. Ministerstwo Zdrowia wprowadzało obywateli w błąd, twierdząc, że w kraju dominuje grypa sezonowa, a ryzyko związane z pandemią jest niewielkie. W rzeczywistości prawie wszystkie przypadki zachorowań na grypę w sezonie 2009/2010 były spowodowane przez pandemiczny wirus zwany „świńskim”. 
W listopadzie, gdy zakażonych było już co najmniej 100 tys. ludzi, Ewa Kopacz zapewniała: „W Polsce sytuacja z wirusem 
A/H1N1 nie daje powodów do niepokoju i wszczynania alarmu”. Było to stanowisko sprzeczne z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), ale przede wszystkim ze stanem faktycznym, o którym rząd wiedział. WHO otrzymywało z Polski inne dane niż te, które dawkowano opinii publicznej. Raportowano, że w naszym kraju – jak wszędzie – dominuje wirus pandemiczny. Według GIS już latem 2009 roku 97 proc. wszystkich przypadków grypy spowodowanych było wirusem A/H1N1. A było to na długo przed listopadowym szczytem epidemii. Nawet wtedy jednak rzecznik rządu zapewniał: „Na razie mamy bardzo dobre informacje, bo naprawdę bronimy się przed tą grypą, nie dopuszczono do rozprzestrzeniania się epidemii”.


Nic się nie dzieje, 
proszę czekać


Najgorsze, że prawdziwych informacji nie mieli też lekarze. – Pacjenci, którzy zmarli w 2009 roku z powodu grypy pandemicznej, mieli włączone leczenie zdecydowanie później niż np. w Niemczech – twierdzi Dariusz Majkowski. Jego zdaniem jednym z powodów była właśnie dezinformacja dotycząca sytuacji wirusologicznej.
Gdy rząd przekonywał Polaków, że „nic się nie stało”, praktycznie cały świat uruchamiał już standardowe procedury związane z pojawieniem się pandemii. Większość krajów zdecydowała się na wariant „treat all” (leczyć wszystkich) zamiast „at risk” (tylko z grup ryzyka). Władze Wielkiej Brytanii uprzedziły lekarzy, że należy przyjąć założenie, iż prawie wszystkie przypadki grypy będą odmianą „świńską”. Tak też w rzeczywistości było. Skala powikłań, a w ich wyniku śmiertelność, była podczas tej pandemii niska nie tylko ze względu na zastosowanie specjalnej szczepionki (w Polsce niedostępnej), ale też włączenie na masową skalę leków antywirusowych (także przez nas niezakupionych na potrzebną skalę).
Leki antywirusowe mają wśród lekarzy różną opinię, bo nie zawsze się sprawdzają. Ale akurat w przypadku tego wirusa, który szalał w 2009 roku, ich skuteczność była bardzo wysoka. Zwłaszcza w ciągu pierwszych 48 godzin po zachorowaniu. Nasz resort zdrowia i podległe mu służby zignorowały tę terapię i zachęcały do metod tradycyjnych. Ewa Kopacz pisała do lekarzy: „Leczenie antywirusowe nie jest zalecane osobom, które mają niepowikłany lub łagodny przebieg”. Artur Dmochowski komentuje to w swoje książce obrazowo: „Rekomendacje resortu Ewy Kopacz przypominały postępowanie dyspozytora pogotowia, który pacjentowi z bólem w klatce piersiowej zalecałby drugi telefon za godzinę”. 


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • WW
    20.10.2015 15:23
    Relację ze spotkania z autorem ksiązki można znaleźć tu:
    http://blogpress.pl/node/21583
  • Joanna
    20.10.2015 20:13
    Problem polega na tym, że szczepionka powodowała poważne działania niepożądane - zalecam lepszy research lub uczciwość:
    http://www.biomedical.pl/aktualnosci/w-skrocie-przypadki-narkolepsji-po-szczepionce-przeciwko-grypie-a-1206.html
    http://wiadomosci.onet.pl/kraj/szczepionka-przeciwko-swinskiej-grypie-mogla-powodowac-narkolepsje/c3ycq
    I artykuły z poważnych pism medycznych:
    http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26379011
    http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/24559657
    http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26136475
    http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26066839
    http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26022571
  • STOP NOP
    20.10.2015 20:57
    Człowieku, to co piszesz można wytłumaczyć tylko jednym, totalną ignorancją i brakiem wiedzy (polecam profil FAKTÓW na FB - STOP NOP) albo nieograniczonym jak widać działaniem lobby farmaceutycznym!
    Jedno jak i drugie wymaga głebokiej refleksji, pokuty ale także zadośćuczynienia ponieważ szkody jaką pan tym artykułem może uczynić trudno sobie wyobrazić!
  • Marek80
    24.03.2017 00:18
    W 2012 roku został opublikowany kompleksowy przegląd 75 randomizowanych badań kontrolnych u zdrowych dzieci w wieku poniżej 16 lat. Naukowcy omówili swoje wyniki poniżej:
    „Inaktywowane szczepionki u dzieci w wieku dwóch lat i młodszych nie są znacząco bardziej skuteczne niż placebo … niewiele jest dostępnych dowodów dla dzieci poniżej drugiego roku życia … W szczególnych przypadkach, szczepionki przeciw grypie związane są z poważnymi szkodami, takimi jak narkolepsja i drgawki gorączkowe. To było zaskakujące, znaleźć tylko jedno badanie inaktywowanej szczepionki u dzieci w wieku poniżej dwóch lat i na jego podstawie wydać aktualne zalecenia dotyczące szczepienia zdrowych dzieci od szóstego miesiąca życia w USA, Kanadzie, niektórych krajach Europy i Australii. Jeśli szczepienia dzieci będą zalecane jako element polityki zdrowia publicznego to potrzeba pilnie przeprowadzić badania na dużą skalę oceniające istotne rezultaty i bezpośrednie porównanie różnych typów szczepionek.” http://szczepienia.wybudzeni.com/2016/03/27/badanie-skutecznosci-grypie/ Grupa z UCLA potwierdziła wyniki dwóch innych, niedawno przeprowadzonych badań, ukazując, że naturalnie występujący hormon steroidowy – hormon, który większość z nas po prostu zakłada że ma – jest mocnym antybiotykiem. Zamiast bezpośrednio zabijać bakterie i wirusy, hormon ten wzmaga w ciele produkcję istotnych białek, zwanych peptydami antydrobnoustrojowymi.
    Dwieście znanych nam peptydów antydrobnoustrojowych szybko i bezpośrednio niszczy ściany komórek bakterii, grzybów i wirusów, włącznie z wirusem grypy, i mają kluczową rolę w utrzymywaniu płuc wolnymi od infekcji. Hormon, o którym mowa, to stara dobra witamina D.
    Wszyscy pacjenci na moim oddziale brali 2000 jednostek witaminy D codziennie od kilku miesięcy lub dłużej. http://szczepienia.wybudzeni.com/2016/07/27/witamina-d-epidemia-grypy/
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie