Nie stać nas na marnotrawstwo

Polska wydaje pieniądze na „zimne termy”, które trzeba podgrzewać i pałace dla ZUS-u. Jeśli nasze wydatki nie staną się bardziej efektywne, możemy skończyć jak Grecja – przekonuje ekonomista dr Marian Szołucha w rozmowie ze Stefanem Sękowskim


Stefan Sękowski: Komu by Pan przyznał główną „nagrodę” za marnotrawienie pieniędzy publicznych?


Marian Szołucha: Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad za kilometr drogi ekspresowej, wchodzącej w skład obwodnicy Warszawy, który kosztował 200 mln zł. Mówię o odcinku S8 pomiędzy Konotopą a ul. Powązkowską. Jako że autostrady budowane w Alpach kosztują dwa razy mniej, nie widzę logicznego wytłumaczenia takich wydatków. Możliwe są tylko dwa warianty, które zresztą trudno zweryfikować: albo korupcja, albo zmowa wykonawców. 


Jeden przykład to jeszcze za mało, by mówić o „Polsce niegospodarnej”, jak brzmi tytuł raportu Centrum im. Władysława Grabskiego na temat nadużyć finansowych w sferze publicznej.


Ten przykład świetnie ilustruje całe zjawisko. Według Najwyższej Izby Kontroli ekrany akustyczne pochłonęły, prócz dźwięku, także 7 proc. kosztów budowy autostrady A2. A problemów jest więcej. Opisaliśmy 100 wybranych przykładów, które przełożyły się na wydatki rzędu ponad 180 mld zł. Oczywiście nie można powiedzieć, że pieniądze te zostały całkowicie zmarnotrawione, ale jesteśmy krajem na dorobku i nasze wydatki publiczne muszą być efektywne. Tymczasem zmierzamy wprost do tego, by powtórzyły się u nas problemy greckie. Grecy za dużo pożyczali, zarówno jako państwo, jak i jako obywatele, a ich system finansów publicznych był nieprzejrzysty, podobnie jak u nas. Rację mają urzędnicy Komisji Europejskiej pisząc, że polskie wydatki publiczne są „rozdęte i nieskoordynowane”.


Co to znaczy?


Politycy i urzędnicy ingerują w zbyt wiele spraw. Państwo powinno być obecne w infrastrukturze, sektorach strategicznych oraz tych z wysokimi barierami wejścia na rynek, czyli narażonych na monopolizację. Brak koordynacji wynika natomiast z rozmycia odpowiedzialności za podejmowanie decyzji. Urzędy różnych szczebli i administracja rządowa oraz samorządowa nie współpracują ze sobą. Wystarczy wspomnieć wybudowanie nowego lotniska w Gdyni, choć istnieje już jedno w Gdańsku. Dwa lotniska w Trójmieście, oba powstałe za publiczne pieniądze, będą ze sobą konkurować i prawdopodobnie prędzej czy później jedno upadnie. Zresztą więcej wybudowanych ostatnio w Polsce lotnisk nie ma ekonomicznego uzasadnienia.


Jednak zwiększają możliwość podróżowania i w ten sposób włączają coraz więcej miejscowości do światowej sieci transportowej. Może jednak warto ponieść te koszty?


Tak, o ile istnieje wystarczające zapotrzebowanie na tego typu usługi. A często nie istnieje, czego przykładem jest choćby lotnisko w Zielonej Górze–Babimoście, które obsługuje tylko jedno pasażerskie połączenie z Warszawą i władze samorządowe muszą do niego nieustannie dopłacać. Albo lotnisko Lublin–Świdnik, które nie wiadomo, czy kiedykolwiek przyniesie zyski. Tu dotykamy szerszego problemu inwestycji realizowanych za pieniądze unijne. Są one finansowymi bombami z opóźnionym zapłonem.


Na tablicach informacyjnych nic nie czytałem o ich wybuchowych skłonnościach.


Podam panu przykład. Za 96 mln zł, z czego z UE pochodziło 66 mln, w Lidzbarku Warmińskim pobudowano baseny termalne. Nazywa się je „zimnymi termami”, ponieważ temperatura wody wynosi w nich zaledwie 20 stopni Celsjusza i trzeba je podgrzewać o 9 stopni, co kosztuje setki tysięcy złotych. Wszystko przez to, że nie przeprowadzono wcześniej odpowiednich badań, a mimo to zdecydowano się na tę drogą inwestycję.


Dlaczego?


Bo było można. Takich przykładów jest w Polsce sporo. Samorządy zadłużają się na ich realizację, często przy okazji przepłacając. Gdy już powstaną, muszą do nich dopłacać, zwłaszcza do infrastruktury kulturalnej czy sportowej. W logice myślenia o rozwoju Polski nasi decydenci pomylili kolejność: aby było nas stać na budowę aquaparków czy sal widowiskowych, najpierw trzeba zarobić, ożywić gospodarkę, stworzyć miejsca pracy itd.


Można powiedzieć, że i te aquaparki pomagają gospodarce się rozwijać. Ktoś je musi zbudować, później w nich pracować…


Johannes Hahn, komisarz ds. rozszerzenia UE, jeszcze gdy był odpowiedzialny za politykę regionalną, powiedział, że z jednego euro trafiającego do Polski, za Odrę wraca 89 centów – choćby do firm, które realizują u nas finansowane przez Unię projekty. Fundusze unijne to chwilowe wstrzyknięcie pieniędzy w gospodarkę, które przekłada się na poprawę statystyk w czasie, gdy inwestycje są realizowane. Nikt jednak nie myśli o tym, że w przyszłości trzeba będzie spłacać długi i utrzymywać nierentowne inwestycje. Nikt nie myśli o tym, co się stanie z urzędnikami zatrudnionymi tylko po to, by rozdzielać fundusze, i firmami, które powstały tylko po to, by je otrzymywać.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Rozpocznij korzystanie